Piosenki

poniedziałek, 30 czerwca 2014

NOWY BLOG STARTUJE!


Mam dla was taką oto informację:
Nowy blog znajduje się pod tym adresem [klik]
zapraszam :) już jutro pierwsza notka ;) 
będę wdzięczna za każdy, naprawdę każdy 
komentarz :)

I jeszcze jedna sprawa: 
Postanowiłam że nie napiszę nowej notki
jeśli nie zaczniecie komentować, bo na prawdę
 ja wiem, że nie każdemu chce się rozpisywać ale 
 wystarczyło by zwykłe 
"fajny/głupi rozdział pisz/nie pisz dalej"
ja również czasem jestem leniwa ale zawsze
 staram się dodać coś co zmotywowało by autora/autorkę
choć troszkę. Przypominam również,
że na moim blogu istnieje opcja anonimowego 
komentarza do którego konto google lub blogger są zbędne. 
Jeśli jednak będziecie używać tej opcji podpiszcie się
używając jakiejś ksywki ;)

 Tak więc zainteresowanych
 odsyłam do rozdziałów number ten [klik] and eleven [klik]  :)
 Pozdrawiam ;)


środa, 25 czerwca 2014

XI - To nie tak miało być..

       Przepraszam za tę długą nieobecność. Wiem, że niektórzy czekali na ten rozdział. Nie mam żadnej wymówki, niestety. Chyba się wypaliłam. Rekompensuję się mam nadzieję, tym rozdziałem bo wreszcie coś się wyjaśniło. Chciałam wielokrotnie zabrać się za napisanie tej notki, naprawdę, ale nie miałam weny. Opuściła mnie całkowicie, widząc ilość komentarzy pod poprzednim rozdziałem :c.  Skomentowały tylko dwie osoby :/  Dedykuję więc tę notę Katsie, która prowadzi naprawdę wspaniałego bloga i ma ogromny talent, umie mnie także zmotywować ( dziękuję ci również Ann ;* ). Szkoda tylko że takiej dawki motywacji nie dostałam od każdej osoby która to przeczytała. Ten rozdział jest dla ciebie, kochana :* Miłego czytania c;
Blog Katsy "Przeklęty Dwór"









- Ale jesteś pewna?
- Jestem.
- Ale na pewno?
- Jesteś moją matką?
- Na szczęście nie. - przedrzeźniał mnie.
Wywróciłam oczami i odepchnęłam go, przepychając się do drzwi.
- Otwieraj. - zwróciłam się do jakiegoś syna Apollina. Nie zawracałam sobie głowy uprzejmością.
Skinęłam głową Chrisowi i pchnęłam drzwi. Byłam gotowa na tą rozmowę, wczoraj przegadaliśmy całą noc, spędzając ją w jadalni. Ustaliliśmy, że muszę uzgodnić z Ashley, co wie i potem przekazać jakieś urywki tej rozmowy Coll'owi udając, że się mu podporządkowałam. Weszłam do ciemnej sali, w której znajdowało się jedynie łóżko i stoliczek z pustymi już talerzami. Dziewczyny jednak nigdzie jednak nie było. Zamknęłam drzwi a moje oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności. Usłyszałam za sobą dźwięk przekręcanego klucza i cichy, prawie nie dosłyszalny szmer. Natychmiast się odwróciłam. Ashley rzuciła się na mnie ja jednak zrobiłam zwinny unik i przygwoździłam ją do podłogi.
- Chcę porozmawiać. - powiedziałam stanowczo, wpatrując się w jej krwistoczerwone oczy, niezwykle wyróżniające się na tle ciemnej podłogi. Nawet włosy dziewczyny wydawały się ciemne w półmroku.
- Ja nie chcę. - Wyrywała mi się, jednak moja noga skutecznie przygwoździła ją do podłogi po raz kolejny.
- Powiedz ile wiesz. Co się stało gdy harpie cię porwały?
- Nie twój zasrany interes. - warknęła.
- No widzisz, jednak mój. - odparłam nadal spokojnie. Nie dam się wyprowadzić z równowagi. - Nie zależnie od tego co się z tobą stało nadal jesteś moją przyjaciółką. Powiedz mi to co pamiętasz. - zażądałam.
Westchnęła donośnie, by wyrazić swoje rozgoryczenie.
- Zabrały mnie na jakieś wyspy, dopiero później zrozumiałam, że to Hawaje. Jedna z nich, ta brzydsza - podkreśliła jakby było to istotne. A nie było. - Mówiła, że pan Oka..rnos..bros...dos..eee - jąkała się. Niestety wiedziałam o kogo chodzi i wcale nie byłam tą wiedzą zachwycona.
- Okeanos? - podsunęłam jej.
- Tak! Właśnie! No więc mówiły, że będzie zadowolony, że mnie złapały. Chyba myślały, że ty to ja. Muszą mieć okropny wzrok....
W pełni się z nią zgodziłam. Ja byłam brunetką o czarnych jak noc włosach i niebieskich oczach, zaś Ashley była blondynką mającą czerwone tęczówki ( niewątpliwie niezamierzony prezent od tatusia - Aresa ), ogromny temperament i niezwykle wybuchowy charakter. Ja również nie byłam cichą osobą, ale to przyjaciółki było mi daleko. Umiałam zachować spokój nawet w takich sytuacjach jak ta, wiedziałam kiedy wypada się odezwać a kiedy nie. Mimo to i tak bardzo często mówiłam co mi ślina na język przyniosła, a potem żałowałam.
- Więc... - kontynuowała wyrywając mnie z zamyślenia. - wyjaśniłam im, że nie jestem tobą a jedna z nich wyjęła z kieszeni... Harpie mają kieszenie? Z resztą nieważne. Wyjęła twoje zdjęcie, na prawdę nie mam pojęcia skąd je miała. Przyjrzała mi się uważnie i najzwyczajniej w świecie, nagle mnie puściły. Chyba uznały, że nie jestem warta uwagi. Głupie krowy...Pff... Wpadłam na Coll'a a on pomógł mi dojść do siebie po upadku. Powiedział, że pracuje dla jakiegoś niezwykle wpływowego boga i zabrał mnie do niego. Pamiętam tylko oczy w których przelewała się morska piana. I to tyle. Od tamtego czasu czułam się dziwnie, potem pojawiłaś się ty i sama wiesz co dalej...
- Jesteś wolna. - puściłam ją. - Dzięki za pomoc.
Odwróciłam się plecami i chwyciłam za klamkę, zupełnie zapominając o jakichkolwiek środkach ostrożności. Poczułam uderzenie w tył głowy. Mimo bólu, bębniącego w czaszce odwróciłam się w kierunku dziewczyny. Spojrzałam w jej czerwone tęczówki w których ponownie zaświtało szaleństwo. Coś się z nią działo. Coś niedobrego. Znów się zamachnęła. Wierzchem ręki odbiłam jej pięść, zmierzającą w kierunku mojej twarzy. Drugą ręką zerwałam z szyi naszyjnik. Nie serduszko. Ono nadal tkwiło spokojnie pod moją bluzką. Medalik z czaszką, ten srebrny. Kopię naszyjnika Dylana. W mojej dłoni rozwinął się miecz ze stygijskiego żelaza. Nieuzbrojona dziewczyna wycofała się pod ścianę. Przytknęłam ostrze do jej krtani. W mojej głosie nadal nieznośnie dudniło.
    W takim stanie zastał nas Chris, zaniepokojony moją długą nieobecnością. Zawołał do środka jednego z synów Apollina, który zajął się Ashley. Zachichotała histerycznie, niemal psychicznie. Wycofałam się z pokoju w asyście Christophera.
- I?- zapytał zaciekawiony.
- Muszę pobyć sama. - wyszeptałam ślepo wpatrując się w bardzo interesującą ścianę, naprzeciwko mnie.
- Tak źle? - spytał zaniepokojony, zakładając ręce na piersi i przyglądając mi się uważnie. Mimo iż ja nie spoglądałam na niego, czułam jego wzrok na sobie.
- Idę do pokoju. - powiedziałam, udając, że nie usłyszałam pytania.
- Hej. - zagadnął, łapiąc mnie za ramię gdy przechodziłam obok niego.
- Co? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Eee...Już nic. - mruknął odchodząc.
         Zmarszczyłam brwi i ruszyłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, puściłam rock'a gdzieś w tle i starałam się połączyć fakty. Nagle dostałam olśnienia.
          Podczas ataku na siedzibę, zaobserwowałam, że wszystkie stwory są morskiego pochodzenia. Myślałam, że to Posejdon, ale myliłam się! Harpie chciały zabrać Ashley do Okeanosa, myląc ją ze mną! A ona ze spotkania z jakimś bogiem zapamiętała wyłącznie niebieskie oczy wypełnione morską pianą!
Wszystko powoli układało się w sensowną całość. Okeanos był prastarym bogiem mórz, rządzącym nimi jeszcze przed panowaniem Posejdona. Nadal władał jakąś malutką, niedostępną dla ludzi częścią wód. Mógł więc wysłać na nas morskie stworzenia, aby mnie porwały... Jednak nadal brakowało mi jednego elementu tej zawiłej układanki... Po co chciał mnie porwać? Do czego byłam mu potrzebna?
Szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju Chrisa, oddalonego jedynie kilka metrów od mojego. Nie zawracałam sobie głowy pukaniem, wbiegłam do pomieszczenia i zastałam chłopaka leżącego na wznak na łóżku. Widząc mnie natychmiast zerwał się do pionu. Zamknęłam drzwi.
- Co się stało? - spytał zaniepokojony.
- Rozgryzłam to! -  powiedziałam szczęśliwa i niemal podskoczyłam w miejscu. W ostatniej chwili się powstrzymałam. Wszystko cierpliwie mu wyjaśniałam, obserwując zmiany na jego twarzy pojawiające się podczas mojej opowieści. Chłopak jednak nie podzielał mojego entuzjazmu. Podszedł do mnie.
- Nie wiem czy to powód do szczęścia.
- Psujesz mi moje pięć minut. - udałam obrażoną. - Wiem, że sytuacja nie jest najlepsza ale cieszę się, że posunęliśmy się o krok dalej.
- Ja też ale..
- Ale?
Głęboko westchnął, ale nie odpowiedział. Przybliżył się jedynie do mnie, a ja zdziwiona jego zachowaniem zastygłam w bez ruchu. Powoli przybliżył swoją twarz do mojej i przymknął oczy. Nasze usta dzieliły milimetry. Opamiętałam się jednak i gwałtownie odsunęłam. Nadal będąc tyłem do drzwi, otworzyłam je i wycofałam się na korytarz.
- Valent, ja... - powiedział cicho, jednak uciszyłam go ruchem ręki i ruszyłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i zablokowałam klamkę krzesłem. Osunęłam się po ścianie.
Chciał to zrobić. Chciał mnie pocałować...





piątek, 20 czerwca 2014

LETNIE OGŁOSZENIE


No hej kochani :) Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z tego
że jesteśmy razem na tym blogu już ponad dwa miesiące, ( 18.04.-18.06.2014 )
wiem spóźniłam się z tym postem ale niestety :/ nie miałam zbytnio dostępu do komputera
więc piszę dopiero teraz. Pragnę was poinformować, że z okazji dwumiesięcznicy, 
rozpoczynam pisanie nowego opowiadania. Nowy blog wystartuje pierwszego lipca i będzie
to blog wakacyjny czyli pisany tylko przez wakacje :)
Pomysł już mam, zaczęłam nawet pisać, obawiając się, że we wakacje nie zawsze mogę
mieć czas na dodawanie notek ;) Mam nadzieję, że nowe opowiadanie przypadnie wam do gustu,
choć może i jest  ciut depresyjne ale...
Trzydziestego czerwca dodam notkę z linkiem itp. itd.
PS nie będzie to blog opowiadający o bohaterach lub kontynuacji jakiejś książki.
Fabułę wymyślam sama, wątek i postacie również. Macie czas do wakacji :)
Zapraszajcie znajomych do odwiedzin i rozsyłajcie informację o nowym blogu. Będę 
bardzo wdzięczna. Dziękuję również za ponad 1700 wejść ( choć pewnie większość i tak
nabiłam ja, kilka razy dziennie sprawdzając, czy przypadkiem nie pojawiły się komentarze ;) 
Kocham was :) i proszę, jeśli widzieliście tą notkę to skomentujcie ją, powiedzcie czy pomysł
wam się podoba i czy warto cokolwiek pisać :) mam nadzieję, że większość będzie za
 i wszystko odbędzie się zgodnie z planem.





sobota, 14 czerwca 2014

X - Chwila relaksu?



         



          Pierwsza myśl? Umarłam.
Nie no chyba jednak nie, bo wszystko boli jak cholera, ale chyba najbardziej brzuch. Tylko dlaczego?...
Głupia idiotka! Głupia, głupia głupia! - skarciłam się w myślach - Nazywaj się Savi Valent, rozpal ogień w środku lasu i myśl, że nikt cię nie znajdzie!
W głąb mojej podświadomości wkradł się jeszcze jeden głos. Taki bardziej upierdliwy, mówiący jak to wszystkich naraziłam i że jestem nie odpowiedzialna. No jakbym nie wiedziała!
          Dobra, było minęło, tak? - Z taką optymistyczną myślą delikatnie uchyliłam powieki i natychmiast znów je zamknęłam. Nie chciałam wracać do rzeczywistości, wolałam zostać w moim wyimaginowanym świecie w którym tylko ja mam do siebie żal. Wiedziałam, że zaraz po obudzeniu dostanę opierdal stulecia, a szczerze powiedziawszy - ani trochę nie miałam na to ochoty.
          Delikatnie uchyliłam jedną powiekę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Otaczały mnie szare ściany, na przeciwległej ścianie od łóżka telewizor, który od trzech tygodni nie został włączony ani razu. Pod ścianą po lewo, ogromne lustro na które spojrzałam tylko przelotnie, bojąc się zobaczyć swoje ( z pewnością zmasakrowane ) odbicie. Odetchnęłam z ulgą. Byłam w swoim pokoju. Co ważniejsze sama.
Powoli odsunęłam od siebie kołdrę i zsunęłam nogi na ziemię, tym samym siadając na łóżku. Rozmasowałam dłonią bolący kark i chwiejnie stanęłam na nogi, starając się złapać równowagę. Nie wiem ile czasu byłam nieprzytomna ale od tego teraz strasznie kręciło mi się w głowie.
  Powoli podeszłam do szafy i leciutko uchyliłam drzwi, nie chcąc paść na zawał chwilę po tym jak się obudziłam. Wyciągnęłam na chybił trafił jakieś ciuchy, którymi okazały się białe spodnie rurki i beżowy sweter wciągany przez głowę. Pogrzebałam jeszcze trochę i wyjęłam brązowe, prawie sięgające kolan, wiązane kozaki na płaskiej podeszwie. Stwierdziłam, że bywało gorzej i zatrzasnęłam drzwiczki tym samym przytrzaskując sobie rękę. Zaklęłam po starogrecku i delikatnie rozmasowałam szybko puchnącą dłoń. Na myśl nasunęły mi się słowa które zapewne wypowiedział by Chris gdyby zobaczył mnie w tej sytuacji:
- Brawo Valent, nie zabiły cię morskie stworzenia ani masakrator z nożem i krasnoludkiem, a zraniłaś się szafką.
  W tej sytuacji w pełni bym się z nim zgodziła, ale choć wiem, że jestem niezdarą to nie lubię gdy mi się to wypomina. Położyłam ubrania na łóżku i wyjęłam z podręcznej apteczki bandaż. Postanowiłam później udać się do szpitala, teraz miałam na głowie ważniejsze rzeczy. Takie jak np. śniadanie. Chwyciłam ciuchy i starając się nikogo nie obudzić ( jeśli jeszcze spali - a nie wiedziałam która jest godzina, ponieważ nie posiadam zegarka ) ruszyłam do łazienki. Gdy już się odświeżyłam i ubrałam od razu poczułam się lepiej. Postanowiłam zostawić rozpuszczone włosy i podwinęłam rękawy swetra. Będąc już z powrotem w pokoju, wrzuciłam stare ubrania do kosza na brudy, który tak nawiasem mówiąc prosił się o porządne pranie.
Nagle straszliwie zaburczało mi w brzuchu. Potrzebowałam śniadania.
          Uchyliłam drzwi pokoju i rozejrzałam się po korytarzu. Czysto. Nadal nie mając ochoty z nikim rozmawiać, starałam poruszać się jak najciszej. Mijając jadalnie, zakradłam się do kuchni i otworzyłam lodówkę. Odszukałam płatki, mleko i odwróciłam się by odłożyć produkty na blat. Pisnęłam i rozsypałam płatki.
- Idioto! Wystraszyłeś mnie! - warknęłam i walnęłam go w głowę prawie pustym opakowaniem po płatkach kukurydzianych.
- Sorry no, nie poznałem cię. - powiedział i wytrzepał z włosów płatki.
- A to niby z jakiego powodu? - spytałam zakładając ręce na piersi.
- A niby z takiego, że nareszcie wyglądasz jak dziewczyna... - przedrzeźniał mnie, a po chwili przepchnął się do lodówki.
          Mimo, że był już prawie grudzień, nadal miał na sobie podkoszulek na ramiączkach i dresy - czyli zestaw z którego dziś zrezygnowałam. Miałam dziś na sobie nowe spodnie, sweter i nowe buty. Ale naszyjnik jak zawsze ten sam. Tak wiem, odkąd w urodziny pierwszy raz go założyłam, przynosił mi wyłącznie pecha. Mimo wszystko nadal miałam nadzieję, że kiedyś los się do mnie uśmiechnie i naszyjnik przyniesie mi szczęście. Puki co czekał schowany pod moim swetrem i czekał na swój moment, który mógł nigdy nie nadejść, ale nosząc go czułam się bezpieczniej. Z resztą, był to jedyny prezent z którego na prawdę się ucieszyłam. Cała reszta to jakieś bibeloty bądź ubrania kupione na szybko.  
Zanotować. Jeśli następnym razem spotkasz za sklepem grupkę herosów to nigdy, ale to nigdy nie pozwól im wyprawić sobie urodzin! - z pewnością będę miała jeszcze wiele okazji aby zastosować się do tej jakże inteligentnej rady.
- Żyjesz? - spytał Chris, machając mi kiełbasą przed twarzą.
- Co? A tak, chyba tak. - mruknęłam odkładając mleko na stolik i schylając się do szafki po miskę - Jestem dzisiaj jakaś nieobecna. - ciągnęłam, zalewając płatki mlekiem.
- Trudno się dziwić, skoro byłaś pod narkozą dobre cztery dni. - wzruszył ramionami, krojąc i doprawiając mięso.
- Przepraszam: Ile?! - Nieomal wypuściłam z rąk miskę którą właśnie miałam zamiar włożyć do mikrofalówki.
- C Z T E R Y. Ale nie martw się, liczby są tylko dla tych co umieją liczyć. - Uśmiechnął się.
- Wiem ile to jest cztery. - Postukałam się w głowę palcem, pokazując tym samym, że mam go za idiotę. - Ale czemu, aż tyle?
- Ostrze było zatrute.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. - warknęłam nastawiając mikrofalówkę na czterdzieści cztery sekundy, żeby pokazać mu kto tu jest górą. Ale on tylko uśmiechnął się szerzej i dalej robił sobie śniadanie. - A co z Ashley? - spytałam próbując ukryć drżenie głosu.
Zapikała mikrofalówka, więc wyjęłam z niej miskę i usiadłam przy stoliku, świdrując Chrisa wzrokiem.
- Eee... wszystko okey. - powiedział, odwracając wzrok.
- Tak myślałam. - westchnęłam i wreszcie zabrałam się za jedzenie mojego prawie już zimnego śniadania.
Nagle do kuchni wpadła Diana, cała w skowronkach.
- O kochana tu jesteś! - Podleciała do mnie i chyba próbowała udusić.
- Po...wei.. wietrza!
- Oh przepraszam. - Odsunęła się, ale już po chwili przyjęła dumną postawę. - Ale to ty powinnaś mnie przepraszać moja droga! To nie ja plądruję szafki i uciekam na drugi koniec świata!
Popatrzyła na mnie, wyraźnie okazując, że czeka na przeprosiny.
- Przeproś.
Cholerna czaromowa! Wsadziłam sobie łyżkę płatków do ust aby nie musieć jej przepraszać. Nie była moją matką, nie mogła ode mnie oczekiwać, że będę ją traktować jak wyżej wymienioną.
- Savi. - Dziewczyna zaczęła tupać nogą.
- Prwgeroszaom. - powiedziałam, nadal mając płatki w ustach. Mleko pociekło mi po brodzie.
Westchnęła.
- No może być. - Skierowała się w stronę drzwi. - A! Prawie zapomniałam! Dziś wieczorem we trójkę oglądamy film! Taka integracja.
I wyszła, nawet nie pytając nas o zdanie.
Podeszłam do zlewu i wyplułam resztkę płatków. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i umyłam sobie twarz. Oparłam się o brzeg blatu i założyłam ręce na piersi. Chris zaczął się krztusić, ze śmiechu.
- Oh zamknij się. - westchnęłam.
- Rada na przyszłość: Najpierw zjedz, potem mów. - Złapał się za brzuch i dalej się śmiał. Pokazałam mu język i wyszłam z kuchni, słysząc jego śmiech nawet w salonie, dwa pokoje dalej.


          Arc śmiał się dobre półgodziny i nie mogąc już go słuchać, zamknęłam się u siebie w pokoju. Wzięłam z półki MP4 i włączyłam muzykę na maxa. Rzuciłam się na łóżko i pogrążyłam w myślach. Nagle piosenka się skończyła i usłyszałam ciche skrzypnięcie podłogi. Wiedziałam, że w moim pokoju podłoga skrzypi tylko koło drzwi. A to oznacza, że ktoś tu musiał wejść...
Zerwałam się z łóżka i natychmiast zostałam na nie pchnięta z powrotem. Podobnie jak cztery dni temu, na Hawajach, chłopak zakrył mi usta dłonią. Teraz również było ciemno, bo nie zapalałam światła. Muzyka grała zbyt głośno, żeby ktokolwiek mnie usłyszał. Zdaje się, że oboje o tym wiedzieliśmy.
- Mamy nie dokończone porachunki. - powiedział, uśmiechając się sadystycznie. - Nie martw się, nie zabiję cię. Nie dzisiaj. Jeszcze jesteś mi potrzebna.
Spróbowałam się wyrwać, licząc na to, że może się tego nie spodziewał i mnie puści.
- Nic z tego kochanie. - zaśmiał się - Jutro pójdziesz do Ashley i zmusisz ja do mówienia. Chcę sprawdzić ile ci powie. Pamiętaj, żadnych sztuczek. W tej grze to ja pociągam za wszystkie sznurki. Jeden nie poprawny ruch i ... - przejechał palcem wolnej ręki po szyi. A potem mnie puścił i zniknął tak szybko jak przyszedł. Najbardziej w tej sytuacji rozbawiło mnie to, że ten człowiek potrzebował jedynie kilku krótkich minut aby narobić tyle zamieszania w moim i tak nie najłatwiejszym życiu.
      Bałam się, tak strasznie się bałam. Ashley co prawda nie była wobec mnie najuczciwsza ale nadal była moją przyjaciółką. Teraz już wiedziałam, że za wszystkim stoi Col. To była jego wina.

   Nie wiem ile czasu siedziałam na łóżku i rozmyślałam, ale pewnie dość długo, ponieważ nagle zapukał do mnie Chris mówiąc żebym zeszła na dół na film. Z tego co wiem, mieliśmy go oglądać wieczorem. A śniadanie jadłam rano. Co się ze mną ostatnio działo?!
- Zaraz zejdę. - powiedziałam, a chłopak wyszedł. Przejechałam rękami po twarzy i luźno związałam włosy w koka. Wcale nie miałam ochoty oglądać tego filmu, miałam ważniejsze sprawy na głowie. Ale może, właśnie taka chwila relaksu byłą mi potrzebna?
Wzięłam koc, wyszłam z pokoju i udałam się do naszego małego podziemnego kina. Po drodze przeszłam przez kuchnię i porwałam paczkę popcornu. W sali kinowej było już ciemno bo Diana włączyła film i zgasiła światła. Usiadłam gdzieś z tyłu i okryłam się kocem. Wpatrzyłam się w powoli jaśniejący ekran i pogrążyłam się w myślach.
    Nagle ktoś zaszedł mnie od tyłu i złapał za ramiona. Pisnęłam i upuściłam popcorn który rozsypał się po podłodze. Chris zaśmiał się, przeskoczył przez siedzenie i usiadł koło mnie. Podniósł resztki mojego niedoszłego posiłku i nieomal krztusił się ze śmiechu. Przypomniała mi się sytuacja z rana.
- Nie rób tak. - powiedziałam śmiertelnie poważnie i ponownie odwróciłam się w stronę ekranu.
Nie miałam humoru ma takie żarty. Uśmiech zszedł mu z twarzy.
- Co się stało? - Zatrzymał rękę z popcornem w połowie drogi do ust.
- Nic.
- Co się stało? - Ponowił pytanie.
- Mówię, że nic. - Żachnęłam się.
- No przecież widzę. - powiedział - Nie może być aż tak źle. To na pewno problem typu "Chomik mi zdechł". - Próbował rozluźnić sytuację.
- Nie mam chomika.
- Bo zdechł.
- Nie zdechł mi chomik! - Zbulwersowałam się.
- To powiesz mi co Ci jest, czy nie?
- A zaczniesz zachowywać się poważnie? - zapytałam.
- Zacznę. - powiedział z ręką na sercu. 
Wywróciłam oczami.
- I nikomu nie powiesz?
- Nie. To powiesz mi wreszcie czy nie?
- Chwilę zanim przyszedłeś do mojego pokoju... - głos mi się załamał, ale wzięłam się w garść - Ktoś był u mnie...
- Kto? - spytał. 
Posłałam mu spojrzenie mówiące:  A czy to istotne?!
- Sorry, mów dalej.
- ... No i ten Ktoś... Szantażował mnie. 
- W jaki sposób? - Zmarszczył brwi.
- Powiedział, że w tej grze to on pociąga za wszystkie sznurki i jeśli nie wyciągnę z pewnej osoby potrzebnych informacji to... - Przejechałam palcem po szyi, tak jak wcześniej zrobił to Col.
Poczułam w gardle rosnącą gulę, a obraz mi się zamazał. Zamrugałam szybko i odwróciłam się.
- Nie wiem co mam Ci powiedzieć. - powiedział bardziej do siebie niż do mnie. Myślami był gdzie indziej.
- Nie ty jeden.
- Kto jeszcze o tym wie? - zapytał tak gwałtownie, że aż podskoczyłam na fotelu.
- Uspokój się. Nikomu oprócz ciebie nie mówiłam. - Szczelniej owinęłam się kocem.
- O czym? - spytała tajemniczym tonem Diana która nagle pojawiła się za nami.
Czy wszyscy musieli mnie dzisiaj straszyć?
- O niczym. - powiedzieliśmy jednocześnie.
- Jaaaasneee... - powiedziała.
Nie wierzyła.
- Ale tak serio: To o czym gruchacie gołąbeczki?
Spiorunowałam ją wzrokiem, a kątem oka zobaczyłam, że Chris robi to samo.
- O czym właściwie jest ten film? - spytałam, zmieniając temat.
- Nie wiesz bo cały przegadałaś.
- Serio? - Gadałam tyle czasu? 
- Nie. Dopiero się zaczyna. - zaśmiała się. - Nie wiem jak wy ale ja idę usiąść bliżej.
- Tu jest okey. - powiedziałam.
- A ty? - Diana spytała Chrisa, który od jakiegoś czasu siedział bez słowa i tępo się we mnie wpatrywał.
- Ja też zostanę.
- Jak chcecie. - powiedziała i w podskokach zbiegła po schodkach pomiędzy rzędami foteli.
- Nie rozumiem tego człowieka. - powiedziałam w przestrzeń. - To co? Jakieś pomysły? - zwróciłam się do Chrisa.
- Nie. - pokręcił głową.
- No to jesteśmy w dupie. - westchnęłam.



* No heeeej :) powracam, mam nadzieję - w wielkim stylu. Rozdział dłuuuugi, chyba najdłuższy z tych, które dotychczas napisałam. Mi osobiście bardzo się podoba i mam nadzieję, że wam też. 
Jest to już rozdział 10, tak się cieszę :D !!! 
Ale tak z innej beczki ( jeśli ktoś wgl czyta te moje przypisy pod rozdziałami ) to po ostatniej notce, zrobiło mi się ciut głupio - był tylko jeden komentarz :C . Dlatego rozdział ten dedykuję właśnie Zaczarowanej Aleks <3 za motywację, o której inni zapomnieli. :)

Co do opowiadania - nic wam nie powiem, tajemnica ;)





niedziela, 25 maja 2014

IX - Zdrada przyjaciela



   Nie byłam tu na wakacjach. Zostałam wplątana w jakąś dziwną grę. Celem tej gry było odnalezienie przyjaciółki. Mogłam wygrać, ale bałam się kosztów tej wygranej. Niby trzeba być gotowym na wszystko, a ja dla Ashley skoczyłabym w ogień, jednak nadal bałam się o jedną rzecz. Nawet jeśli uratuję Ash, polegną inne bliskie mi osoby. A tego bym nie przeżyła.
   Wcześniej ludzie powtarzali mi, że życie to wspaniała rzecz. Cudowna gra. Jednak nie zawsze tak jest. Ta gra jest cudowna tylko dla zwycięzcy a ja w tym przypadku wylosowałam najgorsze możliwe karty. Lecz skoro zaczęłam, musiałam brnąć dalej. Albo to albo...


Game Over.



* * *

 
   Hawaje to przepiękne miejsce. Piękne plaże, malownicze krajobrazy, uśmiechnięci tubylcy i rodziny z dziećmi wesoło pluskające się w oceanie. A, no i ja. Nijak nie pasująca do tego obrazka. Ciemne ubrania i glany wyróżniały się na tle kolorowych Hawajskich sukienek i koszul. Normalnie nie szczególnie bym się tym przejęła, taki mam styl a innym nic do tego. Jednak teraz byłam pod przykrywką. Działałam incognito, jak ninja lub szpieg. Ale nie byłam ani jednym ani drugim. Byłam detektywem, a i ta zabawa wcale a wcale mi się nie podobała.
   Ruszyłam przed siebie, przepychając się przez tłum napierający na mnie ze wszystkich stron, próbujący dostać się jak najbliżej oceanu.
~A niech was rekiny pożrą - pomyślałam.
Ruszyłam w stronę pobliskiego lasu, przedzierałam się przez drzewa aż dotarłam na niewielką polankę. Nazbierałam drwa na opał i rozpaliłam niewielkie ognisko. Wyjęłam z torby poduszkę i koc. Postanowiłam otworzyć jedną z puszek i korzystając z rozpalonego wcześniej ognia, podgrzałam sobie pomidorówkę.
   Gdy zjadłam, położyłam się na plecach i spojrzałam w niebo. Mimo wczesnej pory ogarnęło mnie zmęczenie prawdopodobnie spowodowane podróżą. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.



* * *


  Usłyszałam nad sobą ciche głosy, i lekko uchyliłam jedną z powiek.
O qrwa.
   Nad moją torbą pochylał się jakiś chłopak, było ciemno więc nie widziałam go zbyt szczególnie. Miał ciemne włosy i był ubrany w biały podkoszulek i jeansy. Obok niego klęczał ... krasnoludek? Nie na pewno nie, ale w mitologii nigdy nic nie wiadomo. I właśnie zrozumiałam co się stało. Jak mogłam być taka głupia?! Naprawdę myślałam, że jak rozpalę ognisko to nikt nie zobaczy dymu?! Cholera!
  Niewiele myśląc odrzuciłam koc, wstałam i rąbnęłam krasnoludka poduszką.  Zerwałam z szyi naszyjnik który błyskawicznie zmienił się w miecz i zaatakowałam chłopaka. Mój przeciwnik miał jednak dobry refleks i zdążył odeprzeć uderzenie swoim mieczem. Parowałam i cięłam, aż powaliłam go na ziemię. O dziwo nie zranił mnie zbyt mocno, ale po policzku leciała mi strużka krwi. Z nim było ciut gorzej; wcześniej trafiłam go mieczem w udo.
 Nie długo jednak szczyciłam się moim małym zwycięstwem, ponieważ zapomniałam o krasnoludku który niepostrzeżenie zaszedł mnie od tyłu i dość mocno rąbnął mnie w plecy tym samym powalając mnie na ziemię. Chłopak zerwał się na równe nogi, usiadł na mnie okrakiem i jedną ręką unieruchomił mi ręce nad głową a drugą przyłożył mi do ust. Próbowałam go ugryźć ale mi się nie udało.
- Nie szarp się słonko. Nic ci to nie da.
Zaszczyciłam go mściwym spojrzeniem i zaczęłam mocniej się szarpać.
- Rolli - Zwrócił się do krasnoludka, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.- Podaj mi jej miecz.-Moje oczu powiększył się do rozmiaru talerzy. ~Własnym mieczem chcesz mnie zabić gnojku?! - Ładny, ze żelaza stygijskiego o ile się nie mylę. Zatrzymam go sobie.
  Pokiwał z uznaniem głową i chytrze się uśmiechnął. Jednak moją uwagę przykuło coś innego. Ktoś inny. Dziewczyna która pojawiła się za jego plecami, bardzo mi kogoś przypominała. Spojrzała na mnie a okulary spadły jej z nosa. Jej krwistoczerwone oczy przewiercały mnie na wylot. Chłopak odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął się.
- Nikogo nie znalazłam, była tu sama. - powiedziała nadal się we mnie wpatrując. W oczach zakręciły mi się łzy gniewu i bezradności. A ja chciałam ją ratować?!
- Dobrze. - odparł i wycelował we mnie moim mieczem, jednocześnie zabierając rękę z mojej twarzy.
- ASHLEY! NIECH NO TYLKO TEN KRETYN MNIE PUŚCI TO TAK CIĘ JEBNE W TEN TWÓJ GŁUPI ŁEB ŻE AŻ CI CZAPKA SPADNIE! - wrzasnęłam, na chwilę przestając przejmować się chłopakiem który właśnie przymierzał się do zabicia mnie.
- Ty ją znasz? - zapytał mnie, na chwilę opuszczając ostrze.
- Tak mi się wydawało. - syknęłam starając się wpleść w tę wypowiedź jak najwięcej jadu.
- To nie moja wina! - krzyknęła Ash.
- A co może moja?! Przyjechałam tu żeby cię ratować, po tym jak te głupie Harpie cię porwały! - krzyknęłam.
- Spóźniłaś się, Coll mnie uratował podczas gdy ty robiłaś nie wiadomo co z moim chłopakiem!
Na te słowa wreszcie przestałam się szarpać.
- Co? - spytałam osłupiała.
- Myślisz, że nie widziałam jak na siebie patrzycie?!
- Ja go nawet nie lubię!
- Jasne, na pewno to sobie wymyśliłam! - warknęła.
- Urok Blondynek, - wzruszyłam ramionami. - Wy już tak macie. Nieograniczona wyobraźnia to wasz znak rozpoznawczy.
- Powinnaś mnie błagać o litość! Jakbyś jeszcze nie zauważyła to ty jesteś przyparta do ściany! Nie ja!
- Chyba śnisz! - warknęłam i zwróciłam się do chłopaka. - No dalej zabij mnie! Na co czekasz?!

   Wzruszył ramionami i ponownie uniósł mój miecz w górę. Po raz kolejny żegnałam się z życiem, gdy nagle zobaczyłam jakiś ruch pomiędzy drzewami. Dylan pokazał mi na migi żebym była cicho i podkradł się od tyłu do Ashley, a Chris podbiegł  i zrzucił ze mnie Coll'a, jednak chłopak zdążył wbić mi miecz w brzuch. Nie wiedziałam co się wokół mnie działo, przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. ~Nie możesz zemdleć ~ powtarzałam sobie w myślach ~ Nie teraz.
   Kątem oka zobaczyłam, że Dylanowi udało się obezwładnić Ashley i przywiązać ją do drzewa, a teraz trzymał krasnoludka za nogi, głową w dół i zamaszyście nim machał. Pomimo powagi sytuacji rozbawiło mnie to. Gdy się zaśmiałam poczułam jak miecz wbija się coraz głębiej. Nie widziałam Chrisa i bałam się czy udało mu się pokonać Coll'a. Przed oczami mignęła mi twarz Kim - dziewczyny mojego brata. Czy to możliwe żeby tu była?
- Dasz radę Savi. Patrz na mnie! Nie zamykaj oczu! Uratujemy Cię! - szepnęła. A może krzyczała? Tego jednak nie byłam w stanie określić. Starałam się jak mogłam ale oczy same zaczęły mi się zamykać. Usłyszałam już tylko jak Kim woła Dylana na pomoc, a potem wszystko zalała ciemność.






*Uhh, poważnie się zrobiło. Spontan wali mi do głowy. Powiedziałabym wam tak mniej więcej co będzie dalej, ale sama jeszcze tego nie wiem. Tararararara, z góry przepraszam Adę i Mikołaja ale akcja jednak nie rozegra się dokładnie tak jak na początku myślałam i jak wam opowiadałam  :/ Mogę wam tylko zagwarantować, że Ash nie jest taka z własnej woli i mówiąc że to nie jej wina, nie kłamała. Mam nadzieję, że rozdział się podobał i że wprowadziłam troszkę zamętu w waszych głowach . Accio komentarze! XD

PS jak widzieliście, zmieniłam szablon i dodałam pasek z muzyką ;* piszcie czy u was też działa, jeśli nie, postaram się coś z tym zrobić :D








sobota, 17 maja 2014

VIII - Podróżuję cieniem


Dedykuję Adzie :)
- Jesteś wspaniała, 
zawsze potrafisz mnie pocieszyć
i poprawić humor!
Za to Ci właśnie dziękuję.

PS nadal czekam na twoje
nowe rozdziały 3:)


   Przez płacz, niewiele do mnie docierało. Wokół mnie walczyli ludzie, polegały potwory które wraz z wiatrem odchodziły w najgłębszą otchłań Tartatu. Półbogowie odnosili rany, zastępowali ich nowi. Ja wciąż siedziałam pod murem. Pozwalałam innym walczyć za siebie. Od odlotu harpii wszystko przestało mieć znaczenie. To mnie chciały, nie Ashley. Mnie. I to ja teraz nie mogłam pogodzić się z tym że zabrały ją. To powinnam być ja. A teraz od środka wypełniało mnie okropne uczucie pustki,  jakbym straciła coś bardzo ważnego... Nie coś, kogoś. Wiedziałam że ona nadal mogła żyć, ale należało spodziewać się najgorszego. Słyszałam w głowie podszepty intuicji "Ona nie umarła..." ale nie słuchałam ich. Ashley umarła.
   A teraz ja muszę ją pomścić.

   Wstałam i podniosłam miecz.
Podchodziłam do walczących.
Odpychałam ich i kilkoma sprawnymi ruchami zabijałam potwory.
Ziemia u moich stóp była usiana złocistym pyłem.
Działałam jak maszyna.
Nie...
Ja byłam maszyną.
Maszyną do zabijania.

   Nadal czułam bul, wyczuwałam każde najmniejsze zadraśnięcie. Tyle, że... nie obchodziło mnie to. Szłam dalej, ludzie ustępowali mi z drogi a potwory napierały coraz mocniej.
  Nie minęło pięć minut, a nie było już z kim walczyć. Wykończona upadłam na kolana i zakrztusiłam się złotym pyłem. Ktoś złapał mnie pod łokcie i pomógł wstać. Zaprowadzili mnie do mojego pokoju, opatrzyli rany. Zostałam wepchnięta do łazienki, kazano mi się odświeżyć. Zrobiłam to. Nic mnie nie obchodziło.
   Wpadłam na pomysł. Szybko wyszłam z pod prysznica, założyłam bieliznę, ciemne jeansy, podkoszulek na ramiączkach, czarno- szarą koszulę w kratę, związałam włosy w warkocza i założyłam moje czarne glany. Na szyi nadal miałam naszyjnik który dostałam niecałą dobę temu. Schowałam go pod koszulkę i wyszłam z łazienki, ruszając do pokoju. Nikogo nie spotkałam po drodze.
  Podeszłam do szafy i wyciągnęłam moją starą torbę sportową, wepchnęłam do niej jakieś ubrania, zapięłam ją i na palcach zeszłam na dół.
Usłyszałam głosy wydobywające się z jadalni i skrzydła szpitalnego. Zaciekawiona podeszłam do drzwi jadalni i zerknęłam przez dziurkę od klucza.
  Diana zawzięcie kłóciła się z jakąś kobietą której wieku nie potrafiłam określić. Równie dobrze mogła mieć lat sześćdziesiąt jak piętnaście. Za każdym razem gdy próbowałam bliżej jej się przyjrzeć obraz się rozmywał. I wtedy zrozumiałam. To była bogini! Dlatego nie mogłam jej się dokładnie przyjrzeć. Tylko co bogini miałaby tu...
To Hera! To o niej mówił Chris! Tylko co ona tu robiła?
   Jakieś dziwne przeczucie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak wcale nie mam ochoty się dowiadywać. Po cichu odeszłam od drzwi i skierowałam się do kuchni. Pootwierałam szafki i wrzucałam do torby wszystko co się nawinęło. Od kukurydzianych chrupek w czekoladowej polewie, przez zupki chińskie i kanapki aż po napoje gazowane i wodę. Zamknęłam szafki, najpierw starannie ustawiając to co w nich zostało na pierwszy plan aby nikt w najbliższym czasie nie zorientował się, że cokolwiek zabrałam. Cicho zamknęłam drzwi pomieszczenia i wyszłam na taras, aby spróbować czegoś o czym ostatnio czytałam w bibliotece znajdującej się na drugim piętrze obok siłowni i zbrojowni.
   Powoli odzyskiwałam nadzieję, Ashley musiała żyć. A jak musiałam ją znaleźć.
   Swój miecz zawsze miałam przy sobie w postaci naszyjnika z czaszką i pomyśleć, że do niedawna nawet o nim nie wiedziałam. Powiedział mi dopiero mój brat Dylan.
 Bogowie, jak to dziwnie brzmi. Mój brat.
   Zarzuciłam na ramiona czarną skórzaną kurtkę, ponieważ nagle od północy zawiał lodowaty wiatr.
~ Zeusie, jeśli to ty to spieprzaj.~ pomyślałam, a niebo groźnie zabrzmiało i cisnęło błyskawicę. Zaśmiałam się szyderczo pod nosem. Nie bałam się go. W tej misji nikt nie mógł mi przeszkodzić. Ani rodzina ani przyjaciele.Nie ważne, że Chris obiecał mi, że pójdzie ze mną. To była droga którą musiałam odbyć samotnie.
   Zamknęłam oczy i pomyślałam o Ashley. Wyobraziłam sobie jej uśmiechniętą twarz, krwisto czerwone oczy zawsze tak starannie ukryte za okularami przeciwsłonecznymi i długie blond włosy. Pomyślałam o ziemi, o cieniu. Poczułam jak wiatr rozwiewa moje włosy, a moje ciało powoli zamienia się w kłąb czarnego dymu. W cień. Przed oczyma stanął mi piękny widok; ocean, palmy, piękne plaże i wulkan. Teraz już wiedziałam gdzie ją przetrzymują. Rozłożyłam ręce, a wiatr porwał moje ciało ze sobą.






* Jestem nawet zadowolona z tego rozdziału, może nie jest długi ale niebawem pojawi się nowy i myślę, że on wam to troszkę zrekompensuje. Wielu z was narzekało, że nie rozumie zachowania Chrisa ani postępowania Savi. Otóż to troszkę grubsza sprawa niż się wydaje, ale obiecuję, że z czasem wszystko się wyjaśni. Zamierzam wprowadzić do życia bohaterów troszkę więcej zamieszania i chaosu, wiec niedługo pojawi się osoba która troszkę ( lub bardziej ) namiesza.
   Jeszcze jedna sprawa - co do Hery. Pewnie zastanawiacie się co ona tam robi. No więc wam to i owo wyjaśnię. Hera jest kimś w rodzaju łącznika Olimpu i Siedziby. Mogło by się wydawać, że to Diana dowodzi Siedzibą jednak tak nie jest. Nad wszystkim co się tam dzieje władzę ma Hera, a Diana jest tak jakby jej podwładną. Większość mieszkańców Siedziby nie ma pojęcia o ingerencji tej bogini, ponieważ wiedza ta ciągnie za sobą ogromne niebezpieczeństwo i odpowiedzialność zarazem.
   Reszty dowiecie się później :)







niedziela, 11 maja 2014

VII - Chwile grozy



- ATAKUJĄ  SIEDZIBĘ!!!

   Zerwaliśmy się na równe nogi.
   Chris chwycił dwa miecze i rzucił mi jeden. Ja dostałam miecz w połowie wykonany z żelaza w połowie z niebiańskiego spiżu, a on dostał czarny, ze stygijskiego żelaza. Spojrzeliśmy po sobie i w tej samej chwili podrzuciliśmy broń w przeciwne strony. On chwycił swój a ja swój. No - od razu lepiej. W drzwiach przepchnęłam się do przodu i ruszyłam po schodach aby dostać się na dach. Nie wiedziałam jednak że dach w tym miejscu jest niekryty. Spojrzałam w lewo i zamarłam, w moją stronę leciał wielki smok. 
   Miał co najmniej cztery i pół metra długości, dwa metry szerokości i głowę wielkości tylnego koła od traktora. Turkusowo zielone łuski ciągnęły się od czubka głowy aż po kraniec ogona którym wywijał tak zamaszyście że po drodze wywalił kilka drzew z pobliskiego lasu. Miałam wrażenie że jego ogromne ślepia przewiercają mnie na wylot, co z resztą mogło być bardzo prawdopodobne. W moją stronę ruszyła ogromna kula ognia. Stałam tak bez ruchu, sparaliżowana strachem. Już czułam ciepło na twarzy i powoli żegnałam się ze światem kiedy poczułam silne szarpnięcie gdzieś z tyłu.
   To Chris objął mnie w talii i w ostatnim momencie przyciągnął do siebie, jednocześnie chowając się pod dachem.
- Dzięki. - westchnęłam z wdzięcznością. On jednak tylko lekko się uśmiechnął.
   W tej samej chwili usłyszeliśmy wybuch. Chris gestem pokazał mi żebym się nie ruszała a sam lekko wychylił się ponad balustradę otaczającą schody. Spojrzałam mu przez ramię. Ognista kula, początkowo wycelowana we mnie trafiła w wielki dąb stojący koło basenu na obrzeżach lasu, a ten zajął się ogniem. Na nic nie zdały się usilne próby ugaszenia drzewa przez nimfy leśne. Stare konary nie wytrzymały tej próby, drzewo zajęło się ogniem i po chwili runęło prosto do basenu. Jednak nawet woda nie ugasiła szybko rozprzestrzeniających się płomieni. Po chwili ogień zaczął piąć się po innych drzewach.
   Teraz powoli docierała do mnie powaga sytuacji. Gdyby nie Chris z którym tak nawiasem mówiąc nie byłam w za dobrych stosunkach, ogień trafił by we mnie. To mogło nie być drzewo. To mogłam być ja.
   Od rozmyślań oderwały mnie odgłosy walki tuż obok mnie. Chris biegł już w tamtą stronę, a ja ruszyłam za nim. Stanęliśmy obok krańca dachu i spojrzeliśmy w dół. Ujrzałam na dole ogromną Hydrę z pięcioma głowami, w tym jedną ziejącą ogniem. Na szczęście nie był to ogień grecki, ponieważ dało się go ugasić. Po kolorze łusek rozpoznałam w niej stworzenie morskie. Była zadziwiająco podobna do smoka który....
   Rozejrzałam się uważnie i spostrzegłam, że faktycznie - wszystkie stworzenia, od smoków począwszy, przez cyklopy i trytony a kończąc na hydrze - były pochodzenia morskiego.
- Dlaczego Posejdon miałby nas atakować? - spytałam. Chłopak spojrzał na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Dlaczego uważasz, że to Posejdon? - odpowiedział pytaniem na pytanie. Nie powiem zirytowałam się, bo cierpliwością niestety nie grzeszyłam ale postanowiłam wszystko mu wyjaśnić.
- Przyjrzyj im się. Co mają wspólnego? - westchnęłam.
- No nie wiem, wszystkie mają łuski? - spytał, a ja entuzjastycznie zaklaskałam jednak nadal patrzyłam na niego z politowaniem.
- Co jeszcze?!
- Są niebieskie?
- No! A teraz się rusz! Trzeba pomóc tym na dole! - wrzasnęłam przekrzykując wybuchy.
- A niby jak chcesz się tam dostać? Po schodach nie dotrzemy na czas. - pokręcił głową. Rozejrzałam się, spojrzałam na ziemię i wpadłam na genialny pomysł. Przerzuciłam nogi przez balustradę i jeszcze raz spojrzałam w dół. - Co robisz? Chyba nie zamierzasz skakać z trzeciego piętra?
- Zaufaj mi. - powiedziałam i gestem pokazałam mu, aby stanął obok mnie.
- Oszalałaś. - stwierdził.
- Jest czterdzieści dziewięć procent na to że rozplaszczymy się o glebę. - powiedziałam mu uczciwie aby wiedział na czym stoi.
- To mniej niż połowa. - Wzruszył ramionami, przeskoczył przez barierkę i stanął obok mnie. - Jesteś pewna?
- Nie. - przyznałam, patrząc mu w oczy.
- Okey, Valent. Masz jedną szansę, żebym potem nie żałował że ci zaufałem.
   Złapałam go za rękę, nie zwracając uwagi na jego dziwną minę, skoczyłam w dół ciągnąc go za sobą i w myślach pomodliłam się do ojca.
   "-Hej tato, emm... tak jakby zaraz przywalę o ziemię więc gdybyś mógł być tak miły i zrobić jakieś czary mary żebym przeżyła? Dzięki."

   Nie wiem jak, ale zadziałało. Byliśmy już jakiś metr od ziemi i właśnie wtedy przestałam wierzyć w powodzenie mojego planu, ale zamiast uderzyć w beton, odbiliśmy się od niego i łagodnie upadliśmy trawę. Taaa... bardzo łagodnie, no przynajmniej ja.
- Wygodnie ci? - spytał Chris leżąc pode mną na brzuchu.
- Nawet, nawet aczkolwiek jesteś bardzo kościsty. Myślałeś kiedyś o pójściu na siłkę? - zapytałam przekomarzając się z nim, jednak wstałam i wyciągnęłam rękę aby pomóc mu wstać.
- Bardzo śmieszne, ale tak jakby jesteśmy oblężeni więc no wiesz...?
- A, no tak...- powiedziałam, podniosłam swój miecz z ziemi i ruszyłam na pomoc Ashley która właśnie walczyła z harpiami które nijak nie pasowały do swych podmorskich legionów. Dziewczyna jednak właśnie pokonała swoją przeciwniczkę i ruszyła w moją stronę, krzycząc coś. Jednak dopiero gdy podbiegła na odległość kilku metrów usłyszałam co mówiła;
- Savi! Za tobą!
   Odwróciłam się w chwili w której dwie ohydne harpie wyciągnęły pazury by wbić je w moje ramiona i unieść się w powietrze gdy ktoś popchnął mnie na ziemię. Ashley skoczyła by odtrącić napastniczki ale mniejsza z harpii wytrąciła jej miecz z ręki a większa uniosła ją w powietrze.
   Rzuciłam się w tamtą stronę aby jakoś jej pomóc, ale ktoś z powrotem popchnął mnie na ziemię w chwili gdy kolejna kula ognia przeleciała jakieś trzydzieści centymetrów nad moją głową. Gdy znów spróbowałam się wyrwać, zobaczyłam twarz Chrisa tuż przy swojej.
- Uspokój się Valent!
- Musimy jej pomóc! - załkałam.
- I pomożemy. - Obiecał. - Ale musimy się wymknąć tak żeby nikt nas nie zauważył, bo Diana i Hera nas nie puszczą. Rozumiesz?
- Hera?
- Rozumiesz?!
   Pokiwałam głową i załkałam cicho. Musiałam jej pomóc, to mnie chciały harpie. To wszystko przeze mnie. Chris jakby czytając mi w myślach powiedział;
- To nie twoja wina. Znajdziemy ją i sprowadzimy z powrotem. - powiedział starając się mnie uspokoić, ale w jego oczach widziałam że sam nie do końca wierzy w swoje słowa.
   A potem zdarzyło się najdziwniejsze. Przytulił mnie pozwalając moim łzą splamić swój podkoszulek.



*Nowy rozdział już za kilka dni :* Wbijajcie na facebooka https://www.facebook.com/SaviValentblogi .

PS nie mogę uwierzy ile miałam wyświetleń, dziękuję! <3










środa, 30 kwietnia 2014

VI - Za dużo różu, tortów, transparentów i stanowczo za dużo życzeń...


Dla Ady, z którą ostatnio nie mogę się 
zdzwonić :C



    Pierwsze kilka dni w Siedzibie przebiegło całkiem szybko. Poznałam wielu ciekawych ludzi takich jak na przykład Lucy od Hefajstosa, Sherry od Selene lub chłopaka Diany Rey'a od Demeter. Byłam tu raptem dwa tygodnie a już zdążyłam się z niektórymi zaprzyjaźnić, jednak najlepiej dogadywałam się z Dianą. Nie zawracałam sobie głowy Chrisem i jego zmiennymi humorami. Mogło by się wydawać że jego nastroje zależą od pogody, co z resztą było bardzo prawdopodobne biorąc pod uwagę że był synem Apolla - boga słońca ( i haiku pff... ). Wszystko było dobrze, aż do pewnego meeeeeega pechowego dnia. A konkretnie szesnastego listopada.

- Savi. - Usłyszałam i poczułam jak ktoś trąca mnie w ramię. - Wstawaj Savi.
- Sio! Jest środek nocy .... - jęknęłam w poduszkę i przewróciłam się na drugą stronę.
- Savreen Valent! Wstawaj ale już! - Och... aha... Cześć Diana.
- Nie używaj na mnie tej cholernej czaromowy! - warknęłam i mimo woli usiadłam na łóżku. Przeczesałam rozpuszczone włosy ręką i spojrzałam na przyjaciółkę. - Jak już mówiłam, jest środek nocy!
  A ona co? Najzwyczajniej w świecie wybuchnęła śmiechem i usiadła na brzegu mojego łóżka.
- Wiesz który dzisiaj? - spytała.
- Nie.
- Środa, szesnastego. - odparła i uśmiechnęła się szeroko. Coś mi to mówiło ale co?...
- Nosz cholera! - jęknęłam - teraz to ja już na pewno nigdzie się nie wybieram!
- Czekam na dole. - powiedziała Diana i wyszła z pokoju.
- Powiedziałam nie! - krzyknęłam w stronę drzwi.
Podeszłam do szafy i wygrzebałam z niej moje ukochane ciemno szare dresy i białą podkoszulkę na ramiączkach. No i co że urodziny? Nie muszę się stroić, nie ja chciałam imprezę więc sorry. Albo idę tak albo wcale.
     Ruszyłam do łazienki aby troszkę się odświeżyć.




   Byłam już w pełni ubrana i naszykowana ( jeśli można tak nazwać totalne zero makeapu i związanie włosów w kucyka ), ale postanowiłam nie schodzić jeszcze na dół. Odniosłam piżamę do pokoju i już miałam wychodzić gdy spostrzegłam na łóżku małe pudełeczko. Podniosłam je i otworzyłam. W środku był prześliczny naszyjnik w kształcie serca. Była także karteczka na której napisano tylko jeden jedyny wyraz. Forgive*. Założyłam go, włożyłam pod koszulkę i ruszyłam na pewną śmierć (czyt.; imprezę wyprawianą przez Dianę ;] ).




   Weszłam do salonu i zamurowało mnie. Pełno kolorowych balonów, wielki transparent z napisem "Happy Birthday" i ogromny kilku piętrowy tort. No tak.Cała Diana, bo jak robić imprezy to z rozmachem. Byli tam wszyscy, no prawie... Nie było jednej osoby ale nie przejęłam się tym jakoś szczegulnie. Gdybym tylko była na jego miejscu też bym nie przyszła. Nawet na swoim nie miałam na to ochoty. Od tego całego różu było mi niedobrze.
- NIESPODZIANKA!



     Wszyscy po kolei mnie ściskali i dawali prezenty i byłam im na prawdę wdzięczna, za to jak się napracowali ale po jakiejś godzinie nie wytrzymałam i powiedziałam że idę się położyć bo boli mnie głowa a oni niech bawią się dalej. Tak na prawdę gdy tylko zniknęłam za zakrętem skierowałam się w stronę sali do ćwiczeń. Były tam rozmaite manekiny, zbroje i bronie ale ja wzięłam tylko spiżowy hełm i miecz ze stygijskiego żelaza**. Cały czarny i cały mój ( XD ). Podeszłam do obracającego się manekina, parowałam i cięłam dopóty dopóki mój przeciwnik nie rozpadł się na kilka części. Sięgnęłam po wodę ale nie było jej tam gdzie ją zostawiłam.
- Tego szukasz? - Ten głos wszędzie bym rozpoznała. Niesamowicie irytujący i niesamowicie wkurzający. Postanowiłam jednak się nie kłócić i bez słowa zabrałam mu butelkę. - Wszystk...
Nie dałam mu skończyć. Przytknęłam ostrze mojego miecza do jego szyi.
- Dobrze ci radzę, nie kończ. - powiedziałam i zabrałam miecz. - Jak ktoś jeszcze raz złoży mi życzenia to chyba się na niego porzygam. Za dużo różu, tortów, transparentów i stanowczo za dużo życzeń... - westchnęłam, zdjęłam hełm i osunęłam się po ścianie. Chris usiadł obok i zaczął rozmowę. Nawet nie zdążyliśmy się pokłócić bo pomieszczeniem nagle wstrząsnęło. Słychać było czyjeś krzyki:
- ATAKUJĄ SIEDZIBĘ!!!
Zerwaliśmy się na równe nogi.





#Jestem w środę? Jestem w środę. Zapraszam do komentowania.


*Forgive - Wybacz.
**Miecz ze stygijskiego żelaza - Savi posiada taki sam miecz jak Nico di Angelo

















piątek, 25 kwietnia 2014

V - Jestem Córką Afrodyty, Będę Denerwować Savi Neonowymi Gaciami


    Hahaharahaha powracam z nową nocią już dziś ;* bo kolejna prawdopodobnie dopiero w środę :/ Wiem, wiem to dużo czasu ale cały weekend mam już zaplanowany a w tygodniu mam za dużo nauki i nie wyrobię się z nowym rozdziałem :C. Podczas majówki znów będę pisać częściej lecz kiedy wrócę do szkoły rozdział będzie się pojawiał raz w tygodniu ale za to będzie dużo dłuższy ;] . Czo taka mała dziś aktywność? :/

Pragnę wam przypomnieć że
Dziś mija tydzień od założenia bloga :*
I am very happy! :D
Dziękuję za ponad 500 wejść i przeszło 3200 wyświetleń na moim koncie Google,
z tej okazji rozdział dedykuję wszystkim którzy pojawili się tu choć raz :D

   Zapraszam również do głosowania w Ankiecie. Zapraszam serdecznie do czytania :*








   Od samego początku zakochałam się w tym wnętrzu. Trzy ściany były szare ( no bo przecież nie różowe ), na jednej była szaro-biała tapeta.  Większą część pomieszczenia zajmowało łóżko, dokładnie naprzeciwko którego znajdował się ogromny telewizor plazmowy z podświetleniem zmieniającym kolory. Po lewej stronie łóżka stała przestronna biało-czarna szafa. W kącie stała gitara akustyczna. Całości dopełniała szafka nocna i kilka kolorowych dodatków. Był tam również mały regał z książkami, a na ścianie na której wisiał telewizor namalowane były sylwetki gitarzystów. ( - Patrz zdjęcie na dole posta - ). W prawdzie nie było tu za dużo czerni ale i tak mi się podobało. Z resztą to ze jestem córką Hadesa nie zobowiązuje mnie do ciągłego bycia Emo, a że lubię ten styl to co innego.
  Z rozmyślenia wyrwało mnie ciche chrząknięcie.
- Podoba ci się? - spytała Diana.
- Jest cudowny.. - powiedziałam zachwycona, szeroko się do niej uśmiechając. 
- Pokój przystosowuje się do pomysłu pierwszej osoby która do niego wejdzie. Ty byłaś tu pierwsza i powiem ci, że jak na gotkę smutaskę która całe życie spędziła na cmentarzu to masz całkiem niezły gust. - zaśmiała się a ja jej zawtórowałam.
   Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zaśmiałam się całkiem szczerze.... Stop! Robi się ckliwie!
- Masz już w pełni wyposażoną szafę, sama wybierałam dla ciebie te ciuchy kiedy spałaś. - powiedziała dziewczyna, najwyraźniej bardzo z siebie zadowolona. Uśmiech w jednej chwili zszedł mi z twarzy. Mam chodzić w czymś co ona mi wybrała?! Oh, oczywiście nie zrozumcie mnie źle. Diana ma świetny gust, ale jej gust i mój gust to nie koniecznie to samo. Ona jest córką Afrodyty, lubi świecidełka i wysokie obcasy, a to zupełnie nie są moje klimaty. Ja lubię czerń. Dużo czerni. Podkoszulki na ramiączkach, rurki i glany ewentualnie trampki, więc chyba się nie dogadamy. - Spokojnie - zaśmiała się. - Ta głupia koza....eee znaczy się Ashley pomagała mi wybierać.
   Hah widać było na kilometr że te dwie za sobą nie p r z e p a d a j ą - delikatnie mówiąc, ale odetchnęłam z ulgą. Nie licząc tego rażącego czerwonego koloru i napisu "Team Ares" bardzo podobał mi się styl Ashley.
 - Jest tylko jeden minus. Siedziba jest podzielona na dwa skrzydła, lewe i prawe. Niestety każde skrzydło ma tylko jedną wspólną łazienkę. Później pokażę ci gdzie jest nasza.
Diana pokrzepiająco poklepała mnie po plecach i ruszyła w stronę swojego pokoju. Okey, bałam się tej szafy jak cholera i gdybym tylko mogła omijałabym ją szerokim łukiem. Ale nie mogłam. Podeszłam do dużego lusterka wiszącego na jednej ze ścian i spojrzałam na siebie. Wyglądałam jak siedem nieszczęść. Moje długie kruczoczarne włosy wyglądały jak kupa siana i sterczały na wszystkie strony. Na głowie w dalszym ciągu miałam bandaż, więc szybko go odwinęłam. Po ranie nie było żadnego śladu. Ręka nadal mnie bolała wiec postanowiłam jeszcze nie zdejmować opatrunku. Moja czarna bluza była brudna i podarta w kilku miejscach. Spodnie nie wyglądały lepiej. Szybko podeszłam do szafy i otworzyłam ją. Raz kozie śmierć, nie? A w środku co? Tylko kilka par przyzwoicie czarnych spodni, raptem ze trzy ciemnie bluzki i tylko jedne czarne tenisówki. A reszta?! Kolorowe sukienki w kwiaty, które wyglądały jakby je tęcza wypluła. Kilka par spodni w rozmaitych kolorach i masa, naprawdę masa różnokolorowych bluzek i koszul. Do tego jeszcze jakieś szare ( dzięki Bogu... eem Bogom ) dresy i bluzy. Z butami nie było aż tak źle. Kilka par botek, jedne beżowe koturny ( ?! ) jakieś tam trampki ( w tym jedne białe - jestem uratowana ), japonki i sandały rzymianki. Ogólnie cała zawartość tej szafy wyglądała jak po pawiu wróżki.
   Chwyciłam jedne naprawdę mega neonowe spodnie, podbiegłam do drzwi i otworzyłam je.
- Bellesa!Już nie żyjesz! - krzyknęłam, a kilka drzwi dalej pojawiła się uśmiechnięta głowa Diany. - rzuciłam w nią spodniami ale złapała je w locie. - Możesz je sobie wziąć!
- Dzięki! - usłyszałam, zanim trzasnęłam drzwiami. Nie wiedziałam jednak że całej sytuacji przyglądał się właściciel intensywnie zielonych oczu i teraz aż krztusi się ze śmiechu kilka pokoi dalej.

    Podeszłam do małej szafeczki nocnej i znalazłam tam dokładnie to czego szukałam. Szampon, płyn do kąpieli, jeszcze kilka kosmetyków, szczotkę, pastę i szczoteczkę do zębów. Stanęłam obok szafy bojąc się podejść bliżej i wyjęłam ciemną podkoszulkę na ramiączkach, luźne ( szare ) zwężające się dresy, bieliznę i moje stare glany. Może nie był to jakiś specjalnie wyszukany zestaw ale chciałam utrzeć nosa Dianie i pokazać jej że wcale nie postawiła mnie pod ścianą, bo z tej całej kupy różu można jeszcze wygrzebać coś w czym da się pokazać ( dzięki ci Ashley! ).
    Chwilowo miałam focha, więc postanowiłam sama poszukać łazienki i trochę się odświeżyć. Znalezienie jej wcale nie było trudne, gdyż było to jedyne pomieszczenie w korytarzu bez jakiegokolwiek napisu na drzwiach. Łazienka nie była duża, była tam wanna i kabina prysznicowa, sedes, umywalka, lustro, pralka i szafka z czystymi ręcznikami oraz apteczką. Kafelki na ścianach były blado błękitne z jasnymi wykończeniami, a te na podłodze białe. ( - Patrz foto na dole posta - )
     Zdjęłam ubrania, nalałam sobie ciepłej wody i weszłam do wanny... Nie wiem ile tak siedziałam, ale siedziałabym jeszcze dłużej gdyby nie to że ktoś (  - Ten głupi idiota! No domyślcie się kto... -,- ) zaczął się dobijać do drzwi, drąc się że mam zejść na kolację. Zdążyłam jeszcze wysuszyć włosy zanim zaczął grozić, że wyważy drzwi. Na co wyzwałam go od zboczeńca i chyba sobie polazł bo nie słyszałam go już. Szybko się ubrałam, założyłam buty i właśnie związywałam włosy w wysokiego kucyka kiedy drzwi naprawdę się otworzyły.
- Czego tu? - warknęłam, dalej wiążąc włosy. Nie usłyszałam odpowiedzi więc spojrzałam na Chrisa i dopiero wtedy zorientowałam się co jest nie tak. - Nosz cholera!.... Naprawdę musiałeś to na siebie założyć akurat dzisiaj? - spytałam. Bowiem mój towarzysz rozmowy miał na sobie praktycznie identyczny strój jak ja, również miał na sobie koszulkę na ramiączkach tylko że błękitną a do tego białe dresowe spodnie i niebieskie tenisówki. Ogólnie wyglądał prawie tak samo jak ja tylko że w wersji męskiej.
- O wiele lepiej wyglądasz tak, wiesz? W tych podartych ciuchach nie było ci do twarzy. - powiedział, udając, że nie usłyszał mojego pytania.

- A to teraz próbujesz być miły, tak? - sarknęłam.
- Nie. Powiedziałem tylko, że ładnie wyglądasz.
- To następnym razem tak nie mów.
- Dobrze, następnym razem skłamię.
- Och, weź ty się już zamknij co? Nawet zanim otworzysz usta jesteś strasznie irytujący! - warknęłam, wzięłam swoje rzeczy i wyminęłam go w drzwiach.
- A ty co taka wkurzona?
- To przez panią Jestem Córką Afrodyty, Będę Denerwować Savi Neonowymi Gaciami! - sarknęłam, z impetem otworzyłam drzwi do swojej sypialni, wrzuciłam stare ciuchy do kasza na pranie i rzuciłam się na łóżko. Zapomniałam jednak zamknąć drzwi i po chwili usłyszałam nad sobą zdenerwowany głos tego głupiego pacana.
- Nie bez powodu wywarzałem te drzwi wiesz?
- Gówno mnie to. - powiedziałam nadal chowając głowę pod poduszką.
- Diana będzie zła jeśli nie przyjdziesz, aaaaa nie, no tak zapomniałem, przecież ty masz u niej specjalne traktowanie.
- Co masz na myśli? - spytałam spoglądając na niego.
- A myślisz że jak na przykład taka Ashley, rzuciła by jej w twarz tęczowymi spodniami to by się tylko uśmiechnęła i podziękowała? Ehh... Nieważne. Chodź na kolację. - powiedział i podał mi rękę aby pomóc mi wstać, ale ją odtrąciłam.
- Spadaj. Nadal cię nie lubię. - mruknęłam pod nosem wyszłam z pokoju, poczekałam aż chłopak też wyjdzie i zatrzasnęłam drzwi.Nie zamknęłam ich na klucz, bo nie posiadałam takiego. Nie obchodziło mnie to, że ktoś może tam wejść i coś ukraść. Nie będę płakała po neonowych gaciach. Z resztą kto by płakał? Chyba tylko Diana...
Wiedząc że jadalnia jest zaraz obok kuchni, ruszyłam przed siebie, nie czekając aż ten debil mnie dogoni.



 



czwartek, 24 kwietnia 2014

IV - Taka tycia wojna domowa





   Okay...
   Znacie może to uczucie, kiedy cały świat wali się na was? Kiedy wszyscy patrzą na ciebie jak na idiotę i kompletnego debila chociaż nic nie zrobiłeś? Jakby całe zło świata to była twoja wina? Nie? Ja właśnie przed chwilą tego doświadczyłam i z góry mówię wam, że to nic przyjemnego.

   Ashley siedziała bez ruchu przez dobre trzy minuty. Nagle odwróciła się tak gwałtownie że okulary przeciwsłoneczne spadły jej z nosa. Teraz już wiem, że nie bez powodu je nosiła. Jej źrenice były czerwone. Nie wiem po kim je miała, ale stawiałabym na ojca. Jullie puściła moją dłoń, oddała mi naszyjnik i jak gdyby nigdy nic wskoczyła do basenu. Po tym co przed chwilą usłyszałam, nawet to mnie nie zdziwiło. Diana podobnie jak Wyrocznia niezbyt się tą całą przepowiednią zdziwiła. Spojrzałam na nią z wyrzutem. Właśnie usłyszała, że dziewczyna którą dopiero co przyjęła pod swój dach prawdopodobnie ma doprowadzić do zagłady świata. Z moim pechem nie miałabym co do tego wątpliwości.
- No co? - spytała widząc, że się w nią wpatruję.
- Nie wyglądasz na przejętą. - odparłam.
Dziewczyna machnęła lekceważąco ręką.
- Kochanie, nie takie rzeczy się słyszało. Jullie co trochę przepowiada czyjąś śmierć albo coś podobnego, a zazwyczaj wszystko kończy się dobrze..-
- Zazwyczaj?!- Weszłam jej w słowo, ale udała że mnie nie słyszała i mówiła dalej.
- ...Gdybyś ty widziała prawdziwe Wyrocznie Delfickie. One to dopiero miały wyobraźnie. Nie przeżyły by gdyby przynajmniej trzy razy w tygodniu nie przepowiedziały komuś śmierci. Na szczęście Jullie nie nosi w sobie prawdziwego ducha Delf, tylko jego namiastkę. Prawdziwy Duch Wyroczni umarł dawno temu. Nie przejmowała bym się tą sprawą za bardzo.
- Bo to nie o tobie jest ta przepowiednia. - Sarknęłam. Uspokój się Savi - skarciłam się w myślach.
- Możliwe że nie jest również o tobie. Kto wie ile kobiet miało ten naszyjnik przed tobą.
   Bała się. Chociaż starała się to ukryć i bagatelizować całą sprawę, widziałam strach w jej oczach. ponoć to właśnie one są zwierciadłem duszy.... hmm, może coś w tym jest? Nieważne! Agh, jak spędzę jeszcze trochę czasu w swoim towarzystwie to się chyba zastrzelę! Czy tak właśnie wygląda rozdwojenie jaźni?
   Ashley z powrotem założyła okulary i zwróciła się w stronę Diany.
- Czy ty się aby na pewno dobrze czujesz?! - Naskoczyła na dziewczynę. - Starasz się ją uspokoić, chociaż wiesz że ta przepowiednia jest prawdziwa! Niektóre się nie sprawdzały, fakt! Ale weź proszę pod uwagę, że jeszcze nigdy nie mieliśmy tu tak potężnego półboga! Słyszałaś Jullie! Jej ojcem jest Hades! Ten Hades! Pan umarłych! A jej matka była wnuczką Ateny! Rozumiesz to?! Czy może jesteś za głupia żeby pojąć jak bardzo ta sprawa jest poważna?! - powiedziała i natychmiast zamilkła. Chyba zdała sobie sprawę z tego że posunęła się za daleko.
- Nigdy więcej nie waż się tak do mnie odezwać! Idź stąd! - warknęła Diana.
Ashley odwróciła się i ruszyła w stronę domu, kopiąc wszystko co się nawinęło i powtarzając w kółko "Przeklęta czaromowa.".
Diana westchnęła.
- Nie wiem po co ją tu przyjmowałam, z dziećmi Aresa zawsze były problemy, ale ona bije wszystkich na głowę. - Mruknęła bardziej do siebie niż do mnie. - No trudno. Chodź Savi pokaże ci twój pokój.










 - Zabiję, zaszlachtuję, powieszę, utopię, żywcem zakopie, ogolę tej jej głupi blond łeb, podrę wszystkie ciuchy, wrzucę do Tartatru i nie wiem co jeszcze ale zginie straszną śmiercią! - mruczała pod nosem kierując się w stronę domu. Uchyliła szklane drzwi i wpadła prosto na swojego chłopaka.
- Wobec kogo masz takie straszne plany? - zapytał uśmiechając się zawadiacko.
- Domyśl się Sherlocku Holmesie. - warknęła.- A ty co tu rob...Podsłuchiwałeś! Przyznaj się!
- Nie musiałem. Połowa Siedziby was słyszała. - odparł.
- Bardzo śmieszne.
- Ale prawdziwe. - zaśmiał się, a dziewczyna delikatnie się uśmiechnęła.. - O o.
- Co? - spytała odwracając się za siebie. Diana i Savi właśnie zmierzały w ich kierunku. - Szybko! Do kuchni! - powiedziała popychając Chrisa w stronę kuchni.











   Diana uchyliła szklane drzwi i zaprowadziła mnie do tego długiego korytarza którym wcześniej szłam z Ashley. Podeszłyśmy do drzwi o które wcześniej pytałam córkę Aresa. Blondynka przejechała palcem po drewnie tworząc na nim srebrny napis: Savi Valent. - Hades.
- Zapraszam. - powiedziała odsuwając się. Złapałam za klamkę, otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta. Zaparło mi dech w piersiach...










wtorek, 22 kwietnia 2014

III - Przepowiednia




  
  Wokół siebie słyszałam przytłumione głosy, prawdopodobnie dobiegające z innego pokoju. Powoli otworzyłam oczy. W pierwszej chwili poraziło mnie jaskrawe światło słoneczne, ale kiedy już przyzwyczaiłam wzrok do światła mogłam uważniej przyjrzeć się pomieszczeniu w którym się znajdowałam. 
   Leżałam na małej aczkolwiek bardzo wygodnej beżowej kanapie, stojącej pod ścianą. Obok kanapy stał mały stoliczek na którym zauważyłam apteczkę. Na jasno brązowych ścianach wisiały przepiękne obrazy przedstawiające Bogów. Niektórych rozpoznałam - Zeusa z jego Piorunem, Posejdona z Trójzębem, Hadesa i Persefonę, Herę, Atenę, Hermesa, Afrodytę, Aresa. Na podłodze leżał dywan tak biały, że aż strach było po nim chodzić aby go nie zabrudzić. Przeciw legła ściana była cała ze szkła i o dziwo nie ujrzałam tam szarych uliczek Nowego Yorku ale piękną rozległą łąkę i las nieopodal. Pod ostatnią ścianą stały dwa fotele koloru czekoladowego. Pomieszczenie było małe ale bardzo przytulne.
    Spróbowałam usiąść ale zakręciło mi się w głowie. Dopiero teraz dotarło do mnie jak mocno przywaliłam w tą ścianę. Na głowie i prawej ręce miałam bandaż. Mogłam normalnie poruszać kończynami więc chyba obyło się bez złamań. 
- Nie wstawaj. - usłyszałam czyjś głos. Momentalnie spojrzałam w stronę z której dobiegał. W drzwiach stała bardzo ładna blondynka. Miała długie sięgające połowy pleców włosy, na głowie szarą czapkę krasnalkę a oczy skrywała za ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi. Miała na sobie czerwone spodnie rurki, białe trampki i koszulkę na ramiączkach z napisem "Team Ares". - Dosyć mocno przywaliłaś o tą ścianę. - powiedziała. - Jaka szkoda, że mnie przy tym nie było... - westchnęła bardziej do siebie niż do mnie, zakładając ręce na piersi. 
   Podeszła do kanapy i usiadła na podłodze na przeciwko mnie. Nie stosując się do jej rady usiadłam i od razu tego pożałowałam. Odruchowo złapałam się za głowę i syknęłam z bólu, a dziewczyna zaśmiała się pod nosem i wyjęła z kieszeni małą fiolkę z jakimś przeźroczystym płynem. Na początku pomyślałam, że to woda ale konsystencja się nie zgadzała. Woda nie jest aż tak gęsta. 
- Mówiłam nie wstawaj. - sarknęła - Wypij. - dodała podając mi fiolkę. Spojrzałam na nią niepewnie. - No pij. To Nektar, napój bogów. Pomoże ci dojść do siebie.
    Wypiłam. Gdyby chcieli zrobić mi krzywdę już dawno by to zrobili, prawda? Po moim ciele przeszło przyjemne ciepło, a ból powoli ustępował.
- Jestem Ashley. - odezwała się dziewczyna.
- Savi. - odparłam.- Jesteś od Aresa.
- Jak na to wpadłaś? - zaśmiała się.
- A tak jakoś... - odparłam wymijająco i również się zaśmiałam.
- A ty od Hadesa. 
- Chyba tak.- westchnęłam.
- Chyba? Czyli jeszcze nie wiesz?
Już miałam odpowiedzieć kiedy usłyszałam wrzask.
- ASHLEY!
Dziewczyna westchnęła.
- Tu jestem! - odkrzyknęła. Po chwili do pokoju wpadł Chris a uśmiech momentalnie zszedł mu z twarzy kiedy mnie zobaczył.
- Diana cię woła. - powiedział.
- Gadam z Nową.
- Właśnie widzę. - syknął krzywiąc się.- Weź ją ze sobą
I już go nie było. Ashely spojrzała na mnie krztusząc się ze śmiechu.
- No co? - spytałam zdezorientowana.
- Co ty mu zrobiłaś? - zapytała.
- Nic. Od początku mnie nie lubi.
- Chris wszystkich lubi.
- Mnie najwyraźniej nie. A właśnie,od kogo on jest? - zapytałam zaciekawiona.
- Od Apollina. - Powiedziała wstając. Teraz zrozumiałam co miała na myśli mówiąc że Chris wszystkich lubi. Apollo był bardzo przyjazny i jego syn najwyraźniej też. Dla wszystkich z wyjątkiem mnie. Ciekawe dlaczego... - Chodź. Diana potrafi być bardzo niemiła kiedy ktoś każe jej na siebie czekać.

   Wyszłyśmy z pokoju i ruszyłyśmy długim korytarzem, pełnym drzwi. Na każdych drzwiach było napisane imię i nazwisko oraz imię któregoś z Bogów. Dopiero po chwili zrozumiałam że są to pokoje herosów. Mijałyśmy wiele drzwi, ale nie udało mi się spamiętać wszystkich. Zapamiętałam tylko: Diana Bellesa - Afordyta, Christopher Arc- Apollo, Dylan Grau - Hades i Ashley Al Valor - Ares. Minęliśmy też jedne puste drzwi - jeśli można to tak nazwać - więc spytałam Ashley czemu takie są.
- Ponieważ ten pokój nie jest jeszcze zamieszkany. - odparła ale nie chciała mi nic więcej powiedzieć.

     Doszłyśmy do holu i wyszłyśmy na dwór. Znów oślepiło mnie światło słoneczne.
 Diana leżała na leżaku obok basenu, ubrana w jasno różowe bikini. Kiedy nas zobaczyła zdjęła okulary przeciwsłoneczne, usiadła i gestem kazała nam zrobić to samo.
- Witaj Savi. Chcesz się wreszcie upewnić czy jesteś córką Hadesa? - spytała. Skinęłam głową. - Wspaniale! Jullie, choć do nas.
  Chwilę potem obok nas pojawiła się dziewczyna wyglądająca na około jedenaście lat. Miała długie rude włosy i ogromne brązowe oczy które patrzyły na mnie z zaciekawieniem.
- To jest Jullie, nasza Wyrocznia. Czasem pomaga nam ustalić pochodzenie herosów. - powiedziała Diana. - Savi, daj mi proszę coś co łączy cię zarówno z matką  jak i z ojcem. Posiadasz coś takiego?
- Tak. - odparłam zdejmując szyi srebrny medalik z czaszką. - Kiedy mama oddała mnie do domu dziecka, zostawiła mi ten naszyjnik. Ponoć dostała go od ojca. To jedyne co mam.
- Cóż. Musi wystarczyć - odezwała się Wyrocznia, zamykając naszyjnik w jednej dłoni, a drugą chwytając mnie za rękę. Nagle jej oczy zrobiły się czarne. Nie tylko źrenice, białka też. Przestraszyłam się ale Diana i Ashley nie zareagowały więc uznałam że tak powinno być. Po chwili z jej ust wydobyło się coś co przypominało rymowankę dla dzieci jednak wcale nią nie było:


 "Silne ma korzenie.
Ojciec jej
 Panem Podziemia.
Matka zaś wnuczką 
Mądrości Pani.

Siły ciemności powstaną.
Musi dokonać wyboru.
 Lecz czy dobrze wybierze?

Olimp w płomieniach stanie.
Nikt jej pomóc nie może.

Jej wybór przeważy szale,
Po jednej ze stron się stawi.

Mądrze wybieraj Savi."*




sobota, 19 kwietnia 2014

II - Małe starcie


  Szliśmy dość długo nie odzywając się do siebie, ale szczerze mówiąc całkiem mi to pasowało. Nie znałam ich nie mieliśmy wspólnych tematów do rozmów. Po za tym i tak byłam typem samotnika. Jeśli w tym całym "nowym domu" nie dostanę własnego pokoju ( pod ziemią - bo tam czułam się najlepiej ) to idę spać do piwnicy. Nie żartuję. Mówię całkiem serio.
  Przeszliśmy właśnie obok Empire Stailt ( Nie wiem jak to się pisze XD ) Building, kiedy miałam spytać czy daleko jeszcze. No bo ile można iść? W dodatku z ludźmi których się wcale nie zna? Nie ma co. Odpowiedzialna jestem. Westchnęłam pod nosem czym zwróciłam na siebie uwagę Dylana i Chrisa. Diana szła jakieś dwa metry przed nami, uważnie się rozglądając. Chris tylko prychnął pogardliwie i przyśpieszył kroku aby mnie wyminąć. Myślałam że Dylan pójdzie za nim ale chłopak nadal dotrzymywał mi kroku.
- Nie martw się siostra. Już nie daleko. - powiedział dając mi kuksańca w bok. Po słowie "siostra" spojrzałam na niego dziwnie. - Nie patrz tak. Zaraz wszystko ci wyjaśnię. Kojarzysz może greckich bogów? Tych z Olimpu? - kiwnęłam głową na znak że kojarzę, a chłopak kontynuował. - A pamiętasz może że niektórzy z nich mieli dzieci ze śmiertelnikami?
Kolejne kiwnięcie głową z mojej strony.
- Niektórzy z nich zostali herosami. Walczyli z potworami itp. Wśród nich.. Naczy wśród bogów - poprawił się szybko. - była tak zwana wielka trójca, czyli Zeus, Posejdon i Hades. Zeus władał niebem, Posejdon wodą a Hades...?
- Podziemiem. Hades był panem umarłych. - wtrąciłam posępnie powoli rozumiejąc o co mu chodzi. - Ale masz na myśli że ja...
- Że my.
- ...że my - poprawiłam się. - w sensie że on..? - jąkałam się.
- A jak myślisz czemu tylko ty widziałaś duchy i szkielety? Czemu chodzisz ubrana na czarno gdzie nie gdzie nosząc trupią czaszkę? - wskazał palcem na mały srebrny medalik w kształcie czaszki który miałam na szyi. - I co ważniejsze czemu ja też? - spytał wyjmując spod koszulki identyczny medalik tylko że złoty.
- Chcesz powiedzieć że..
- Tak Savi. Bogowie Olimpijscy istnieją na prawdę. - powiedział uśmiechając się posępnie i dołączył do pozostałej dwójki zostawiając mojej wyobraźni pole do popisu. Zatrzymałam się osłupiała. Na pewno się przesłyszałam. Albo nie! Musiałam upaść na na głowę. Na pewno potknęłam się o jakąś płytę nagrobną! Albo Steave podłożył mi nogę! Nie nie... On jest przecież duchem. Nie ma namacalnych nóg. Nie, dobra nie ważne. Wiem! To mi się śni?
    Nadal stałam na środku chodnika, ślepo patrząc się przed siebie. Diana, Chris i Dylan zaszli już jakieś piętnaście metrów dalej kiedy nagle Chris odwrócił się aby spojrzeć czy wciąż za nimi idę. Zrobił wielkie oczy, krzyknął coś i sprintem ruszył w moją stronę, To troszkę mnie ocuciło. Powoli odwróciłam się za siebie. Nie no bosko - pomyślałam. - Za mną stał cyklop. I nie był to taki tyci słodki ludzik z bajek dla dzieci. Nie. To była istota z krwi i kości. Wysoki na cztery metry, odziany jedynie w kilka sklejonych gazet, żylasty z jednym zębem i przekrwionym okiem rozmiarem przypominającym piłkę do koszykówki. Ktoś ( prawdopodobnie był to Dylan )  popchnął mnie na ziemię. Chris wyjął z plecaka miecz i skoczył na olbrzyma  tnąc go po nogach. Diana stanęła w pewnej odległości i zaczęła coś gadać do potwora. Nie wiem w jaki sposób ale to troszkę podziało. Stwór uspokoił się i ukucnął a chłopcy wykorzystali jego chwilową nieuwagę. Dylan nadal ciął go po nogach, a Chris wspiął mu się na plecy i dźgnął cyklopa na wysokości serca jednocześnie zadając mu ostateczny cios. Ku mojemu zdziwieniu potwór rozsypał się w złoty pył, który już po chwili rozwiał wiatr zabierając go w najgłębszą otchłań Tartaru. Bowiem nawet ja czytam książki i wiem to i owo o greckiej mitologii. Blondyn ciężko upadł na ziemię i po chwili cała grupka była już przy mnie. Przed oczami zrobiło mi się ciemno, ponieważ przy upadku dość mocno uderzyłam się w głowę. Aż dziwne że dopiero teraz odczułam skutki uderzenia. Usłyszałam jeszcze tylko jak Diana krzyczy coś do chłopaków i poczułam jak ktoś bierze mnie na ręce. Przed oczami mignęła mi blond czupryna Chrisa. Po chwili odleciałam.







* Hahah dodałam nową nocie jeszcze dziś bo jutro na pewno nie wejdę ponieważ jest Wielkanoc i mam już cały dzień zaplanowany. ( Rozdział krótki ponieważ to już drugi dzisiaj.)   :[ Za to na pewno wejdę w poniedziałek z nową notką oraz zakładką bohaterowie która powinna to i owo wam wyjaśnić.



Heh cytując moją przyjaciółkę :jak wszyscy to wszyscy ;]

Wesołego jajka! Mokrego śmigusa, niech Posejdon Wam zmoczy łóżka.(;__________;)
I Hades, mój tato kochany, niech za królika będzie przebrany!
Afrodyta z koszykiem od Gucciego niech lata!
Atena, żeby sałatki całej nie zjadła!
Artemis, by brata zabiła...
"I niech los zawsze Wam sprzyja!"
By na Olimpie i w Waszych domach, zapanowała harmonia!
By Hera się z Hefajstosem nie kłóciła,
By Demeter owsiankę wyrzuciła!
By Ares czekoladowego, zostawił w spokoju, królika!
By Was Helios słonkiem oświecał,
By Nemezis się nie zemściła,
By Dionek na fitness się zapisał....
Byście się cieszyli!
Byście dużo potworów zabili!
Niech te święta, będą wesołe,
niech uśmiech dwudziestego kwietnia będzie na twarzach,
bo Percy'ego w telewizji będą puszczać.... (to się nie rymuje-no to macie problem xD)
By Nico z koszyczkiem grzecznie na Percy'ego czekał,
By Piper nie przytyła,
By Jason był ładniejszy,
By Frank w kurę się zmienił,
By Leoś na zawsze był mój,
By Ann wreszcie poszła do spa,
Tego Wam życzy Wasza - Savv :]