Piosenki

wtorek, 15 lipca 2014

INFORMACJA




    Kochani wybaczcie, ale dziś nie dodam rozdziału szesnastego :c Mój pan Wen mnie opuścił.
Coś tam naskrobałam ale jest to tak do dupy, że sama nie mam ochoty tego czytać. Tak więc nowa notka pojawi się najpóźniej jutro wieczorem :/ Naprawdę mi przykro, ale wolę dodać coś z czego jestem zadowolona i co by wam się spodobało a nie coś wymuszonego. Tak więc jeśli widziałeś tę notkę dodaj proszę komentarz, albo go nie dodawaj... rób co chcesz. A jeśli już się rozpędzasz to wpadnij na bloga wakacyjnego....

Pozdrawiam.
Ogarnięta Deprechą Z Powodu Odpływu Weny.







niedziela, 13 lipca 2014

XV - O tym jak mi odbiło i założyłam sukienkę.



Dedykuję anonimowej czytelniczce, która się nie podpisała :/
Specjalnie dla ciebie przyspieszyłam akcję i masz tu Savi i Chrisa razem ;)
Bardzo wzruszył mnie twój komentarz, dziękuję. 
Specjalnie for you - romantyczna (mam nadzieję) scenka.
Mam również nadzieję, że ta informacja wraz z nowym rozdziałem
dotrze do ciebie. 



     Choć w życiu by się do tego nie przyznał, tęsknił za nią. Może nie tyle tęsknił co raczej brakowało mu jej towarzystwa. Ale czy nie na tym właśnie polega tęsknota? Egh, nieważne!

 Już dość długo leżał w swoim łóżku wpatrując się w sufit. Znów o niej myślał, tak samo z resztą jak przez ostatnie trzy dni. Choćby nie wiem jak próbował, nie mógł pozbyć się z głowy obrazu jej niebieskich oczu tak często patrzących na niego z pogardą, promiennego uśmiechu którym tak rzadko go obdarzała, ale gdy już to robiła był wniebowzięty i tych czarnych jak heban włosów.
Przez kilka godzin wspominał niektóre sytuacje, ale najbardziej zadziwiło go wspomnienie, gdy to zdobył się na odwagę i chciał ją pocałować. Co prawda nie było to jakoś strasznie dawno, ale i tak nie miał pojęcia co mu wtedy strzeliło z tym pomysłem. Był święcie przekonany, że dziewczyna się obrazi tak jak zapewne zrobiłaby to każda inna. Ale ona nie była taka jak inne! Nie obraziła się, wręcz przeciwnie - udała, że nic się nie stało. Nigdy też się nie malowała, nie nosiła sukienek, nie farbowała włosów. Była po prostu sobą i chyba właśnie za to tak ją podziwiał. Rzadko okazywała słabość, a jeśli już to robiła to tylko w jego obecności. Nie wiedział czemu tak było ale cieszyło go to. Darzyła go zaufaniem jakiego nie podarowała nawet własnemu bratu. Właśnie! A propos Dylana. Ciekawe co mu wtedy przyszło do głowy, żeby się z nią szarpać, zamiast porozmawiać normalnie albo kogoś zawołać i spróbować ją zwyczajnie zatrzymać! On sam próbował! Właśnie, próbował. Ale spieprzył, taka prawda. Co by dał, żeby dowiedzieć się gdzie ona się podziewa!

Rozmyślania przerwał mu sen.

***

" (...) Posłałam jeszcze mściwe spojrzenie w kierunku Ericki gdy nagle obok nas pojawił się jakiś brunet z dwoma zgrzewkami piwa. Odezwał się a mnie, aż zmroziło.
- Mam piwo i ... ooo - urwał gdy mnie zobaczył - Cześć Savi. - przywitał się radośnie z uśmiechem od ucha do ucha, jak gdybym była jego starą dobrą znajomą.
Westchnęłam ciężko. Już wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.
- Cześć Col."


- Znacie się? - zapytała zdziwiona Sus.
- Nie - odpowiedziałam w tym samym czasie w którym Col powiedział "Tak".
- No to tak czy nie? - zapytała przywdziewając dosyć dziwną minę.
- Niestety. - westchnęłam.
- Czemu niestety? Co do niego masz?! - znów odezwała się Erica. Ewidentnie była na mnie cięta. Puściłam jej wypowiedź mimo uszu.
- Mogę ją trzepnąć? - zwróciłam się do Sus.
- Tak! - odparli jednocześni Sus, Col i Jev, a nawet pijana Victorie pokiwała głową.
- Ani mi się waż! - warknęła Erica, łapiąc się za głowę.
Zaczęłam się śmiać. Pomimo mojej obecnej sytuacji wreszcie gdzieś poczułam się dobrze. Chwilowo bo chwilowo, ale pieprzyć zasady! Żyje się właśnie chwilą!
- Dobra zostaw ją bo jej jeszcze trwałą zepsujesz. - zaśmiał się Col. Co do niego nadal trzymałam duży dystans. No sorry, kolo chciał mnie zabić!
- Zrobiłeś mi tą trwałą bitą śmietaną i teraz nie chce zejść! - warknęła Erica, która istotnie-miała na głowie coś niezwykle chaotycznego i posklejanego.
- Bo włosy myje się szamponem a nie wódką! - odparował.
- To kup szampon mądralo! I jeszcze wannę do kompletu, jak już się rozpędzasz. I może jakiś ładny dom...
- Stop! Koniec przemyśleń! - krzyknęła Sus. - Zbieramy się.
- Dokąd? - spytałam.
- Znudziło mi się na tym grobie. Mam wrażenie, że jest nawiedzony, czy coś..
- Jak to grób. - mruknęłam i zostałam obdarzona wilczym spojrzeniem ze strony bruneta.
- Co? - zapytała Ruda.
- Eeee.... Nic! - Szybko zaprzeczyłam.
- Aha. Idziesz z nami? - Pokiwałam głową, a dziewczyna wstała, pociągając za sobą blondyna. Jev potrącił puste puszki  i narobił strasznego hałasu. Usłyszałam kroki.
- To strażnik! - krzyknęłam szeptem (swoją drogą - da się tak? )
- Spieprzamy! - odkrzyknął Col i przerzucił sobie przez ramię nieprzytomną od spożytych promili Victorie. Zerwaliśmy się do biegu. Mogę być z siebie dumna bo prześcignęłam wszystkich. Sus chwiała się na nogach ciągnąc za sobą Ericę i Jev'a, a Coll biegł z nieprzytomną Vickie na ramieniu. 
Nagle gwałtownie skręciłam w jakiś ciemny zaułek i ledwo wyrobiłam na zakręcie, jednak zrobiłam piękny wślizg i wylądowałam z powrotem na własnych nogach. Inni nie mięli tyle szczęścia. Popotykali się i wylądowali na twarzach, tyłkach lub jak w przypadku Jev'a - na innych częściach ciała. Bądźcie mi wdzięczni, że nie powiedziałam na jakich. Musiałam bardzo mocno się wysilić, żeby zakryć nas mgłą. Ale nie taką magiczną - zwykłą, szarą, przesłaniającą widoczność mgłą.  Strażnik wbiegł za nami do zaułka i o coś się potknął, a potem krzyknął coś co brzmiało jak "Ręka Trupa!" i odbiegł, potykając się o własne dla odmiany kończyny. Coś sobie uświadomiłam.
Podeszłam do Sus i poklepałam ją po ramieniu.
- To nara. - uśmiechnęłam się i ruszyłam w ciemną uliczkę.
- Ale gdzie ty? - zapytała, widocznie oszołomiona.
- Wrócę. - powiedziałam, nie odwracając się.
- Ale.. - zaczęła jednak widząc, że nie odnosi upragnionego skutku zamilkła. Nadal szłam ciemną ulicą, zadowolona ze swojego wyboru.


***


Jak gdyby nic ominęłam strażników lasu (satyrów) i weszłam sobie do Siedziby. Ostatnie trzy dni spędziłam w jakiejś obleśnej noclegowni, a godzinę wcześniej udałam się na stację benzynową i przebrałam się w białą koronkową sukienkę która strasznie kontrastowała z moimi czarnymi jak heban włosami, ale chyba ( przynajmniej w moim mniemaniu [ i jeszcze kilku facetów którzy ślinili się na mój widok ]) wyglądałam nie najgorzej. Do tego założyłam jeszcze białe szpilki, a naszyjnik który zawsze miałam pod bluzką, wyciągnęłam na wierzch. Wyglądałam zupełnie jak nie ja, ale to mi się właśnie bardzo podobało.
No więc weszłam i mnie zamurowało. No ale czego ja się miałam spodziewać? Jest dwudziesty czwarty grudnia. Gwiazdka. Co z tego, że wierzymy w greckich bogów? Czasem miło jest po prostu spędzić czas razem.
Wszystkie meble w salonie były poprzestawiane pod ściany lub powynoszone. W rogu pokoju stała wielka, ślicznie przystrojona choinka wokół której latały male figurki wszystkich bogów.
W pomieszczeniu zebrali się wszyscy herosi - z lewego i prawego skrzydła. Większość tylko kojarzyłam, reszty nie znałam. Wyłapałam też kilka znajomych twarzy. Na mój widok wszyscy zamarli.
- Eee.... hej?
- Savi? - Diana zbierała szczękę z podłogi.- Savi! Już ja sobie z tobą pogadam! - warknęła i pociągnęła mnie za łokieć w stronę kuchni. Zdążyłam jeszcze wyłapać z tłumu zdziwione spojrzenie Chrisa.
Dziewczyna zamknęła za sobą drzwi przekręcając je na klucz, a w pomieszczeniu obok znów rozbrzmiała muzyka. Uważnie jej się przyjrzałam. Miała na sobie błękitną sukienkę nad kolano, czarne szpilki i masę biżuterii.
- Człowieku jak ja się o ciebie martwiłam! - krzyknęła i zarzuciła mi ręce na szyję.
- Diana! Duuu..sisz! 
- O Afrodyto! Sorry. - zamieszała się i odsunęła. - Masz szczęście, że wróciłaś. Ale.. - uważnie mi się przyjrzała - gdzie masz swoje rzeczy?
- Przyszłam tylko na Wigilię. Nie wracam. - powiedziałam patrząc jej głęboko w oczy aby upewnić ją, że już podjęłam decyzję.
- A co z potworami i z ... ?
- Nic. Co ma być? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie. - Nie psujmy sobie tego dnia, porozmawiamy innym razem. - dodałam i z powrotem przekręciłam klucz w drzwiach. 
- Nie! Porozmawiamy teraz! -  Prawie krzyknęła, wykorzystując wszystkie swoje pokłady czaromowy a ja mimowolnie zamarłam i wykrzywiłam twarz w grymasie.
- Puść mnie. - zażądałam ale ona tylko pokręciła głową.
- Najpierw pogadamy.
Nagle drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wszedł Chris. Spojrzał najpierw na Dianę a potem na chwilę zatrzymał spojrzenie na mnie. Szybko orientując się w sytuacji złapał mnie za łokieć, mruknął tylko coś, że odda mnie później i wyciągnął mnie z pomieszczenia. Ruszył po schodach na piętro, jednak nie zatrzymał się tam. Nadal trzymając mnie za rękę doszedł na drugie piętro i stanął pod ścianą. Poszłam za nim i pod pretekstem zimna wyrwałam rękę z jego uścisku. Spojrzał na mnie dziwnie ale nic nie powiedział. Spojrzałam na niego wyczekująco.
- Ślicznie wyglądasz. Ładny naszyjnik. - powiedział.
- Dziękuję. Dostałam na urodziny.
- Wcześniej nie nosiłaś. - Zabrzmiało jak... oskarżenie? 
- Nosiłam. Pod ubraniem. - wybroniłam się, a w kącikach jego ust pojawił się chytry uśmieszek, co ponowiło moje zastanawianie się nad dawcą naszyjnika. Nagle się zamieszał.
- Chciałem cię przeprosić ...
- Nie musisz. - przerwałam mu. - To ja powinnam przeprosić ciebie.
Uniósł brwi.
- To może się nie przepraszajmy, co?
- Może być. - Pokiwałam głową. Wyciągnął rękę aby uścisnąć moją a ja przyjęłam ją z uśmiechem.
Zeszliśmy na dół po schodach ale nie spotkaliśmy nikogo. Salon opustoszał. Chris podszedł do laptopa i puścił jakąś wolną piosenkę. Moje brwi powędrowały do góry. Zrobił dziwaczny ruch ręką i ukłonił się przede mną przywdziewając szeroki uśmiech. Zaśmiałam się i również się uśmiechając dygnęłam i przyjęłam jego dłoń. Obrócił mnie dookoła i przyciągnął blisko do siebie. Położył jedną rękę na mojej talii a drugą złapał mnie za dłoń, delikatnie kołysząc w rytm spokojnej muzyki. Oparłam głowę o jego obojczyk nadal szeroko uśmiechnięta. Co się ze mną działo?
- Świetnie tańczysz. - zaśmiałam się przy kolejnym obrocie.
- Dziękuję, ty również. - odparł z uśmiechem. Spojrzałam w te jego zielone oczy i poczułam, że się rozpływam...
- Uczę się od mistrza. - szepnęłam zarzucając mu ręce na szyję. Chris położył ręce na moich biodrach.
Po chwili znów kołysaliśmy się w rytm muzyki.
- Valent? - spytał cicho. Oderwałam głowę od jego ramienia i spojrzałam mu w oczy.
- Hmm? 
- Stoimy pod jemiołą, wiesz?





*Hahahahhahah! Bożżż wreszcie napisałam coś co mi się podoba *-* mam nadzieję, że wam też. Piszcie co wam się podobało. Pozwalam także na domysły odnośnie następnej notki. Mam nadzieję, że sześć komów szybko się pojawi bo już piszę nową notę :DDDD


CZYTASZ = KOMENTUJESZ
SZEŚĆ KOMENTARZY = NEXT






wtorek, 8 lipca 2014

XIV - Moje drzewo sobie poszło.


     Stał tak jeszcze trochę patrząc w miejsce w którym przed chwilą była.
Opuścił ramiona, a na jego twarzy zagościł gniew. Kopnął w ziemię, wyrzucając w powietrze tysiące ziarenek żwiru, którym był usiany ogród. Ktoś położył rękę na jego ramieniu, ale nie odwrócił się.
- Stary... - Zaczął Dylan.
- Nie kończ. Nic nie będzie dobrze. - powiedział odwracając się nagle. Po odejściu brunetki, całkowicie stracił wiarę w swoje wcześniejsze słowa. Ironia, nie?
- Ale Chris... - powiedziała Kim. - Odnajdzie się. Nie martw się o nią. Umie o siebie zadbać. - próbowała go przekonać, jednak bezskutecznie.
- Nic nie rozumiecie! - warknął zirytowany i usiadł na brzegu basenu.
Para stwierdziła, że da mu czas na przemyślenie wszystkiego i udała się do środka, za co mimo gniewu był im wdzięczny. Schował twarz w dłoniach gdy nagle usłyszał obok siebie cichy głos. Odwrócił się i zobaczył małą burzę rudych loków.
- Jullie. - przywitał się.
- Christopher. - Skinęła głową i zanurzyła stopy w spokojnej dotychczas tafli basenu. Czasem dziwił jej się. Pomimo bardzo młodego wieku, zachowywała się jak osoba dorosła. Ciągłe wizje cudzych śmierci najwyraźniej ją do tego zmusiły. Miewała co prawda zachowania typowe dla jedenastolatki, jednak zdarzało się to bardzo rzadko.
- Mogę ... - zaczął.
- Pytać możesz. Nie obiecuję, że odpowiem. - Przerwała mu.
Westchnął.
- Czy ta przepowiednia... którą wypowiedziałaś na początku lata...? - zawahał się, mając nadzieję, że i tym razem dziewczyna dopowie sobie resztę.
- Chcesz wiedzieć czy się spełni? - uśmiechnęła się nieśmiało, ale po chwili zawstydziła się i skryła twarz za kotarą ogniście rudych włosów.
- Tak.
- Cóż... Na początku były spore szanse, że się pomyliłam. Potem jak zauważyłam, zaczęliście powoli się dogadywać. Jeśli przychodzisz do mnie z tym pytaniem - Chciał jej przerwać, ale nie pozwoliła mu na to - Wiem, że to ja przyszłam. Kontynuując, jeśli teraz o tym rozmawiamy, domyślam się, że ostro się pokłóciliście... A to wszystko doprowadza do ... - Nie musiała kończyć. Wiedział.
- Nie ma już szans? - spytał. - Może jeśli bym...
- Zawsze są szanse, a próbować nikt ci nie zabroni. Jeśli jednak coś ma się spełnić, nie zmienisz tego, choćbyś nie wiem jak chciał. - Znów weszła mu w słowo. Gdyby był to ktokolwiek inny, wściekłby się, jednak teraz trzymał nerwy na wodzy. Potrzebował informacji.
Zapadła cisza, którą śmiało można było nazwać niezręczną.
- Przykro mi, że rozmawiasz ze mną tylko gdy czegoś chcesz. - powiedziała, bezbłędnie odgadując jego myśli - Ale nie mam ci tego za złe. Przyzwyczaiłam się. Zawsze jest tak samo. - westchnęła a chłopak dał jej delikatnego kuksańca.
 Uśmiechnęła się nieśmiało i jak gdyby nigdy nic, wskoczyła do basenu. Gdy jednak spojrzał w wodę, nie zobaczył jej. Zniknęła.
~ Stanowczo zbyt dużo dziewczyn ostatnio ode mnie znika - pomyślał. Westchnął i ruszył do swojego pokoju, myśląc "co by było gdyby...?" ale jak zawsze w takich sytuacjach, tylko pogorszyło to jego humor.



***


     Na początku nie wiedziałam gdzie się podziać. Będąc w okolicy postanowiłam odwiedzić starego przyjaciela. Swoje kroki skierowałam na cmentarz. Jako, że był dzień, a ja nie wyglądałam już jak bezdomna, strażnik przepuścił mnie bez większych zastrzeżeń. Mijałam groby, czytałam nagrobki. Witałam się ze zmarłymi. Jedni cieszyli się, że ich odwiedziłam, inni mieli mi za złe, że nadal żyję. Gdy jednak wyjaśniłam im, że pewnie długo już nie pożyję, rozpromienili się. Co poniektórzy zaproponowali mi nawet pośmiertne zamieszkanie w swoim grobie, jednak odmówiłam. Doszłam do swojego dawnego domu, za który robiło drzewo obok grobu Steave'a. Jakież było moje zdziwienie gdy nie ujrzałam drzewa, a jedynie uschnięty pieniek. Rozejrzałam się uważnie, wypatrując znajomego ducha. Coś poruszyło się w krzakach.
- Steave? - zawołałam na tyle cicho, aby strażnik nie usłyszał. Krzaki znieruchomiały.
Podeszłam i odchyliłam gałęzie. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to mega paka ciastek czekoladowych z kawałkami orzechów. - Cześć Steave. - powiedziałam, nawet nie patrząc na przyjaciela. Wiedziałam, że to on. Ciastka go zdradziły.
- Ooo... - wyjąkał, przyglądając mi się. - Cześć... Savi?
- Aż tak się zmieniłam? - zapytałam, siadając obok niego. Oparłam się o mur za nami i wyciągnęłam rękę po ciastko.
- Wyglądasz... ładnie. - odparł, nadal bacznie mi się przyglądając a jego oczy zrobiły wielkie jak talerze.
- Hmm... dzięki? - zaśmiałam się pomiędzy kęsami.
Chyba trochę się rozluźnił bo jego oczy wróciły do normalnych rozmiarów (czyt.; rozmiarów małych spodków pod filiżankę )
- Gdzie zniknęłaś? Z miesiąc cię nie było... Nie no! Nawet więcej! - Oburzył się - Martwiłem się o ciebie!
- Jak widzisz, żyję i mam się dobrze. - Uśmiechnęłam się, a duch zachłysnął się powietrzem - Co?
- Umiesz się uśmiechać! - Potrząsnął mną - Zrobili ci pranie mózgu!
- Nie zrobili mi prania mózgu Steave! - warknęłam, tym razem to on się uśmiechnął.
- Wraca stara Valent? - Podpuszczał mnie.
- Nie wraca. - zaprzeczyłam, wstając.
- A ty gdzie? Obraziłaś się?
- Nie, no co ty! Idę szukać noclegu, bo jak widzę moje drzewo sobie poszło.
- Nie poszło! - Zerwał się z ziemi - Jak się wyniosłaś, to taka grupka tu przychodziła i... O patrz! Tam idą!  Zerknęłam we wskazaną przez chłopaka stronę i faktycznie - zobaczyłam cztery osoby zbliżające się do jego grobu.
- Odkąd cię tu nie ma, zarwali gałąź i nawet do własnego domu nie pozwalają mi wejść!
- Spoko. Pogadam z nimi. - zapewniłam go.
- Nie! - zawołał, ale ja odeszłam i przestałam zwracać na niego uwagę.
Dziewczyna która wydawała się być liderką tej paczki miała ogniście czerwone włosy i paliła fajkę, będąc niedbale opartą o ramię jakiegoś blondyna. Jej kumpele ( bo wnioskuję, że nimi były ); dwie blondynki, zawzięcie o czymś plotkowały popijając wódkę prosto z butelek.
- Czego tu? - burknęła jedna z blondynek, zwracając się do mnie.
- Zamknij się! - warknęła do niej Ruda i strąciła z fajki nadmiar popiołu. - Siema. - zwróciła się do mnie. Skinęłam głową. - Nie wyglądasz na glinę. - Stwierdziła przekrzywiając głowę w lewo. - Siadaj.
Usiadłam na ziemi.
- Jak masz na imię? - zapytała.
- Savi. - odparłam krótko, uważnie jej się przyglądając.
- Co to za imię? - skrzywiła się dziwnie, a ja mimo wszystko poczułam się urażona.
- Moja matka była Hiszpanką. - powiedziałam zgodnie z prawdą, siląc się na spokój.
- A... No chyba że tak... Jestem Susan, ale jak tak do mnie powiesz to masz przesrane. - ostrzegła - Sus jeszcze ujdzie. To Victorie - wskazała na tę bardziej pijaną blondynkę - to Erica, a to Jev. - trąciła w żebro chłopaka obok którego siedziała. Zaraz jeszcze przyjdzie ten idiota, co to go po piwo wysłałam. - zaczęła się rozglądać.
- Wcześniej ja tu mieszkałam. - mruknęłam prosto z mostu, chcąc przerwać ciszę. - ale się wyniosłam.
- Nieciekawa okolica. - przyznała Ruda, kiwając głową i wykrzywiając twarz w grymasie - Ale jak mus to mus. - wzruszyła ramionami i zaciągnęła się dymem.
- I teraz pewnie chcesz nas stąd wygonić, suko! - Zgadywała Erica, do której najwyraźniej dopiero co dotarło co powiedziałam.
- Uważaj na słowa. - warknęłam.
Steave miał chyba rację. Poza Siedzibą, stara Valent dawała o sobie znać.
- Bo co? - odwarknęła.
- Zamknąć mordy! - krzyknęła Sus.
Posłałam jeszcze mściwe spojrzenie w kierunku Ericki gdy nagle obok nas pojawił się jakiś brunet z dwoma zgrzewkami piwa. Odezwał się a mnie, aż zmroziło.
- Mam piwo i ... ooo - urwał gdy mnie zobaczył - Cześć Savi. - przywitał się radośnie z uśmiechem od ucha do ucha, jak gdybym była jego starą dobrą znajomą.
Westchnęłam ciężko. Już wiedziałam, że to nie skończy się dobrze.
- Cześć Col.




*Witam, witam :) Zaczyna się życie Savi poza Siedzibą :D
Muszę was zmartwić : W kilku następnych rozdziałach ( jeszcze nie wiem ilu [ może pięciu, może dwóch ] ) Savi i Chris się nie spotkają. Będą jedynie retrospekcje i oddzielne perspektywy ;) Będzie też nie małe zamieszanie wywołane przez Col'a.
Co do Sus: Opisując ją uwolniłam moje alter ego o imieniu Susan :D Przywitajcie się :)

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
SZEŚĆ KOMENTARZY = NEXT

PS Dedykuję Natalie ( nie mam pojęcia jak to odmienić tuturutu.... ) i z całego serca życzę jej aby lenistwo choć trochę ustąpiło ;****







piątek, 4 lipca 2014

XIII - Nadzieja matką głupich.


- Nie wiem co mam robić. - powiedziałam chowając twarz w dłoniach.
- Jeszcze będzie dobrze. - powiedział pan wieczny optymista.
- Sam w to nie wierzysz. - westchnęłam spoglądając na niego.
- Wierzę.
- Akurat.
- To nic złego; wierzyć w coś. - Uparł się.
- Pewnie, że nie, ale po co się okłamywać?
- Po to ... - Zaczął tłumaczyć mi jak dziecku. Miałam ochotę go grzmotnąć. - Że można z taką wiarą, choć na chwilę zapomnieć o zmartwieniach. Mieć nadzieję. Czasem pomaga. - powiedział opierając głowę o ścianę, pod którą aktualnie siedzieliśmy. Korytarz był pusty, więc mogliśmy normalnie porozmawiać.
- Nadzieja matką głupich. - Prychnęłam i wstałam, otrzepując niewidzialny pyłek ze spodni.
- A więc jestem głupi! - Chłopak zerwał się z podłogi i stanął STANOWCZO zbyt blisko mnie, przewiercając mnie wzrokiem.
- Najwyraźniej. - powiedziałam, nie tracąc zimnej krwi. Przybliżył się jeszcze bardziej. Niemal stykaliśmy się nosami. Ja nadal nic sobie z tego nie robiłam. Nie działał na mnie tak jak by tego chciał.
- To ty jesteś głupia. - warknął, tracąc panowanie. - Bo nie widzisz nic po za czubkiem własnego nosa! Nie widzisz, że człowiek stara się żyć z tobą pod jednym dachem normalnie! Nie widzisz tego! A czemu?! Bo jesteś zajęta własnymi problemami, uważasz się za pępek świata i najzwyczajniej masz nas w dupie! A mnie w szczególności!
Ciężko przełknęłam ślinę nie wierząc w to co powiedział, patrząc w te jego zielone oczy, teraz pełne nienawiści. Chcesz wojny, panie mądry? To ją qrwa będziesz miał! - przyrzekłam sobie w myślach i odwróciłam się na pięcie nawet na niego nie spoglądając.  Ruszyłam długim korytarzem w stronę schodów, a co za tym idzie - mojego pokoju. Potrzebowałam odciąć się od świata i już nawet wiedziałam jak.
Wpadłam jak burza do pomieszczenia, zamaszyście trzaskając drzwiami. Otworzyłam szafę i z najniższej półki wyciągnęłam moją - nadal nie rozpakowaną sportową torbę. Wszystko co do niej wrzuciłam, od czasu mojego wyjazdu na Hawaje nadal tam było. Nie przejmując się zimnem, zarzuciłam na siebie tylko ciemną bluzę z kapturem, zapinaną na suwak. Wzięłam torbę i po cichu domknęłam drzwi, skradając się korytarzem. Upewniwszy się, że mam oba naszyjniki na szyi, pchnęłam szklane drzwi, wychodzące na taras i ruszyłam przed siebie. Stanęłam jak wryta, widząc mojego brata i jego dziewczynę siedzących przy basenie na leżakach. Dylan grał na gitarze a Kim dopełniała melodię swoim perlistym śmiechem. Szczęście biło od nich na kilometr, aż mnie głowa rozbolała. Założyłam kaptur i starałam się nie zwracać na siebie ich uwagi, przechadzając się cieniem. Tak mi to qrwa wyszło, że zaczęłam poważnie myśleć nad karierą ninja.
- Savi? - Usłyszałam za sobą zdziwiony głos blondynki. Moich uszu już nie dobiegały dźwięki gitary. Udawałam, że nie słyszę i dalej szłam przed siebie, zmierzając w kierunku ciemnego lasu, który o dziwo nie napawał mnie strachem. - Savi!
Dziewczyna nie dawała za wygraną, ale ja również zamierzałam zostać przy swoim.
Poczułam jak ktoś łapie mnie za ramię i odwraca w stronę przeciwną od tej w którą zmierzałam.
- Co ty wyprawiasz? - spytał Dylan, nadal mnie nie puszczając.
- Przechadzam się. - westchnęłam, stwierdzając z niewinnym uśmiechem.
- Wieczorem. Z torbą wyładowaną po brzegi. - kpił - Przechadzasz się do lasu?
- O gustach się nie dyskutuje. - stwierdziłam z przekąsem.
- Gdzie idziesz? - spytał, nie odpuszczając.
- Przed. Siebie. - powiedziałam akcentując każde słowo.
- Po co? - zapytała, milcząca od jakiegoś czasu Kim.
- Bo tu nie pasuję. - wyszeptałam drżącym głosem. - To nie miejsce dla mnie.
- A dla kogo? - prychnął Dylan.  - Ogarnij się z tego swojego dołka i wracaj do środka., rozumiesz?
Powoli pustkę wewnątrz mnie zastąpiła furia.
- Nie jesteś moją matką! - warknęłam, wyrywając mu się.

***

Kretyn
Idiota
Zidiociały Kretyn.
Skretyniały Idiota.
Jak on mógł tak po prostu wykrzyczeć jej to w twarz? Przecież wcale tak nie myślał!
No właśnie. Nie myślał.
Teraz już wiedział do czego doprowadza nie myślenie.

Zapukał do jej pokoju i chciał to zrobić ponownie, ale niedomknięte drzwi same się przed nim otworzyły. Był w szoku. Pokój był pusty, łóżko rozgrzebane, szafa otwarta.
- Nie...- szepnął sam do siebie. - Nie!
Natychmiast rzucił się się w kierunku schodów i przeskakując po trzy lub cztery stopnie naraz szybko znalazł się na dole. Latał od pomieszczenia do pomieszczenia szukając jakiś śladów. Pędził właśnie do kuchni jednak po przebiegnięciu obok szklanych drzwi tarasowych coś kazało mu zawrócić. I faktycznie, gdy spojrzał przez szybę zobaczył ją. Nawet z daleka widział jaka była wściekła.
Zawzięcie kłóciła się z Dylanem i tą jego dziewczyną. Jak jej tam było? Kir? Kin? CHOLERA, NIEWAŻNE!
Otworzył szklane drzwi z takim rozmachem, że te nieomal wyskoczyły z zawisów. Nie przejął się tym jednak zbyt szczególnie i szybko podbiegł w kierunku kłócącej się trójki. Widać było, że gdyby tylko mogły, oczy brunetki ciskały by pioruny. Dylan starał się jakoś ją uspokoić ale raczej średnio mu to wychodziło.
- ...Nie jesteś moją matką! - warknęła dziewczyna, jednocześnie wyrywając rękę z uścisku brata.
- Co tu się dzieje? - Swoje pytanie skierował do przyjaciela, jednak cały czas wpatrywał się w te jej niezwykłe niebieskie oczy. Nie odwróciła wzroku, jakby stawiając sobie za cel, wygrać z nim te niemą wojnę na wzrok.
- Nic. Nie twoja sprawa. - powiedziała. Nie! Niemal wypluła te słowa. Przypomniały mu się jej pierwsze dni w Siedzibie gdy to oboje nie pałali do siebie jakąś szczególną sympatią.
- Chyba jednak moja. - odparł.
- A to niby czemu? - spytała podchodząc do niego i krzyżując ręce na piersi.
- Bo to moja wina.
- Odkryłeś Amerykę! - sarknęła. Czuł, że powoli przegrywa. Nie mógł pozwolić jej odejść. Nie teraz.
Złapał ją za ramiona i przyciągnął do siebie delikatnie. - Co robisz?
- Nie idź nigdzie. - powiedział, hipnotyzując ja wzrokiem, jednocześnie udając, że nie usłyszał pytania.

I tak nagle jak przyciągnął ją blisko siebie, tak samo nagle zniknęła.
Po prostu. W kłębie czarnego, nienamacalnego dymu. I już jej nie było.



*Rozdział krótki wiem :/ ale nie miałam weny a męczy mnie to stadium przejściowe mojego opowiadania. Ani to nie początek, gdzie dużo się dzieje. Ani nie koniec, gdzie dzieje się jeszcze więcej. I po prostu nie mam pomysłu na pisanie, w dążeniu do wymyślonych już przeze mnie późniejszych wydarzeń. Tak wiec notka jest taka... nijaka. Nie jestem z niej dumna, ale może komuś się spodoba :/

Dziękuję za motywujące komentarze :) widzicie, to nie tak trudno skomentować a i notka pojawia się szybciej ;) ( jest jaka jest, no ale ważne, że się pojawiła, nie? )  Podnoszę więc poprzeczkę ;) Ale spokojnie, nie jakoś makabrycznie wysoko.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
SZEŚĆ KOMENTARZY = NEXT

Dacie radę :) tak jak daliście ostatnio :) Zapraszajcie znajomych <3

Zapraszam również na rozdział drugi na blogu wakacyjnym ;)



















środa, 2 lipca 2014

XII - Suszone ziemniaki i spółka.






- Savi, mamy poważny problem! - powiedziała Diana wchodząc do kuchni w której aktualnie zajmowałam się penetrowaniem wnętrza lodówki. Trzymała w rękach jakiś świstek zapisany niewyraźnym pochylonym pismem.
- Co to? - zapytałam, zamykając lodówkę.
Dziewczyna wreszcie na mnie spojrzała. Jeszcze nigdy nie widziałam jej tak poważnej.
- Satyrzy wykryli gdzieś niedaleko poważne skupisko mocy. Już z nimi rozmawiałam i razem doszliśmy do wniosku, że to nie może być nikt inny, jak dziecko kogoś z Wielkiej Trójki. O dziwo na razie nie przyciąga potworów, ale kto wie co dalej? 
Pokiwałam głową zamyślona. Oparłam się biodrami o blat i założyłam ręce na piersi.
- A ty szukałaś głupiego co by to sprawdził i padło na mnie. - stwierdziłam, a no policzki mojej przyjaciółki wstąpił delikatny rumieniec.
- Wybacz, ale tak wszyło. Nikt nie chciał się tego podjąć i myślałam, że może...
- Nie tłumacz się. Rozumiem.
Wyraźnie odetchnęła z ulgą.
- Bogowie, jak się cieszę! Mam plan już prawie gotowy, tylko musiałabyś porozmawiać z Chrisem bo będzie nam potrzebna jego pomoc... - urwała widząc moją minę. - Coś się stało?
Zaprzeczyłam, kręcąc głową.
- Nie. Nic. Mów dalej. - Postanowiłam schować dumę do kieszeni. Nie mam w końcu pięciu lat, prawda? Nie mam zamiaru przed nim uciekać.
- Będę musiała porozmawiać Afrodytą, bo niezbędny będzie jakiś kamuflaż. Co do ubrań nie powinno być problemu bo masz w swojej szafie kilka ( ...naście - przyp.aut. )  rzeczy które by się nadały.
- Jasne. Co będę musiała zrobić? - spytałam.
- Pod przykrywką udasz się do pobliskiej szkoły udając nową uczennicę. Będę musiała porozmawiać sobie z dyrektorem i namówić go żeby cię przyjął. Postarasz dowiedzieć się jak najwięcej o osobie która wysyła takie sygnały. Kiedy już ci się to uda, ściągniemy ją tu. 
- I tyle? Nie wydaje się skomplikowane. - zauważyłam.
- Bo takie nie jest.
- Kiedy zaczynamy?
- Dziś po południu. Pasuje ci?
- I tak nie miałam nic w planach. -Wzruszyłam ramionami i wyciągnęłam z szafki sok w kartonie. - Chcesz? - wskazałam napój.
- Nie, dzięki. Idę jeszcze przedyskutować szczegóły z resztą. - powiedziała, wycofując się z pomieszczenia i posyłając mi nieśmiały uśmiech. - A! No i jeszcze jedno! Wymyśl sobie jakieś imię i nazwisko.
- Jasne. - mruknęłam. 
   Jakbym nie miała dosyć własnych zajęć i problemów. Czemu do cholery nie mogę mieć łatwego życia, pląsać sobie z motylkami po łące i zwyczajnie być szczęśliwa?!
~ Bo to nie twoja bajka. - podpowiedział jakiś głosik wewnątrz mojej głowy.
~ Och zamknij się - odparłam w myślach.
No pięknie. Teraz jeszcze gadam do siebie!
Pociągnęłam z kartonu sporawy łyk soku i prawie się zakrztusiłam, widząc Chrisa wchodzącego do pomieszczenia. Nie dałam jednak po sobie poznać, że zrobiło mi to jakąkolwiek różnicę.
- Cześć. - powiedział cicho, obserwując moje zachowanie.
- Hej. - "Udajmy, że nic się wczoraj nie stało." - Gadałeś już z Dianą? - zapytałam jak gdyby nigdy nic, popijając sobie soczek. Jego brwi powędrowały do góry. Widać nie takiego obrotu się spodziewał. Może myślał, że będę mu robić sceny? Pff... nic z tego. 
- Taaak... - powiedział, przeciągając sylaby i uważnie mi się przyglądając. Wkurzał mnie już.
- Nie zamierzam się z tobą bawić w jakieś dziwaczne podchody. Co się stało to się nie odstanie, a ja nie mam zamiaru przed tobą uciekać czy chować się po kątach, więc jeśli tego się spodziewałeś to się pomyliłeś.
- Ja nie.. - zaczął, ale nie dałam mu dokończyć.
- Nie interesuje mnie to, rozumiesz? Nic się nie zdarzyło. Wszystko jest tak jak dawniej. - tłumaczyłam mu uparcie, jak dziecku. - Więc teraz łaskawie daj mi wypić sok w spokoju, bo mam dosyć problemów na głowie i nie interesuje mnie, poszukiwanie kolejnych.
Mijając go w drzwiach ujrzałam na jego twarzy cień uśmiechu. Ruszyłam do pokoju.
Na moim biurku leżał skrawek papieru, którego raczej nie można było nazwać listem.
Ani koperty. Ani znaczka.
...Ani dobrych wieści.



*(po południu)*



Savi. 
Savi Valent.
Savreen Valent. ( ugh, mamo! Savreen?! )
Savreen....
Sav... Reen  ( czyt.; Rin )
Reen...
Reen!

   Nagle dostałam olśnienia. Coś tak niesamowicie głupiego i przewidywalnego, że nawet największy geniusz by nie skumał. Przynajmniej nie od razu... Ale to powinno dać jej wystarczająco dużo czasu na wykonanie przydzielonego zadania.
- Halo! Ziemia do Pani - Wiem - Wszystko - Nikogo - Nie - Słucham! - krzyknęła wściekła Diana, tym samym poniżając mnie przed połową siedziby.
  Byliśmy właśnie na zebraniu w "Sali Strategicznej" jak to nazwała jadalnię jedna z córek Ateny, a ja totalnie się zamyśliłam.
- Słuchałam cię. - powiedziałam spokojnie, choć było to jedno wielkie kłamstwo.
- Ach tak? - Żachnęła się. - To o czym mówiłam?
Klaps. Zaraz umrę.
Miałam ochotę pie.dolnąć się w łeb czymś ciężkim.
- Eeee... Coś o suszonych ziemniakach! - zgadywałam. I dopiero po chwili dotarło do mnie jaką głupotę palnęłam. Wszyscy naokoło ryknęli śmiechem. Prawie wszyscy...
- Sama jesteś suszony ziemniak! Słuchaj do cholery co się do ciebie mówi! - krzyknęła jeszcze bardziej rozjuszona.
- Dobrze, pani profesor. - Ciągnęłam, nadal bardzo spokojnym tonem, a tylko ja wiedziałam jaką walkę toczę wewnątrz.
- Wywaliłabym cię stąd... - Zaczęła. Hmm? Groźba?
-... Ale nie możesz...
-...Tylko dlatego.... - Znów jej przerwałam.
- ...Że nie ma drugiego głupiego co by się na to zgodził. - HA! MASZ BABO PLACEK!
Zmierzyła mnie wilczym spojrzeniem i kontynuowała, nie zwracając uwagi na usilne próby zakneblowania się rękawami lub pięściami w wykonaniu innych herosów. Podkreślam PRÓBY, bo po chwili dało się słyszeć kilka nie przytłumionych chichotów. Uśmiechnęłam się pod nosem. Co z tego, że przyjaciółka? Nikt, ale to NIKT nie będzie mnie poniżał publicznie. Jutro jej przejdzie i będzie po sprawie.
- ... Wracając do poprzedniego tematu... - spojrzała na mnie i uśmiechnęła się trochę za słodkawo. Zrobiło mi się niedobrze. Jakim cudem zmusiła swoją twarz do takiego grymasu? Aż mnie moja rozbolała. - Czy Panna - Suszony - Ziemniak - przerwała, pozwalając na śmiech poszczególnych półbogów - wymyśliła już coś a propos swojej ziemniakowej przykrywki?
- Tak, wymyśliłam. Ususzonym warzywom też zdarza się myśleć. Rzadko, bo rzadko ale jednak. - stwierdziłam tonem filozofa. - Mam już imię. Z nazwiskiem gorzej.
- Okay. - westchnęła, bojąc się pytać. - Jakie to imię?
- Reen.
- A to skąd? - zapytała błyskotliwie, córka Afrodyty - tu podkreślam - nie Ateny.
- Podpowiedź: Savreen, panno Mam - mniejszy - mózg - od - Savi - suszonego - ziemniaka.
- Ach, no tak. - zmieszała się. - Na dzisiaj koniec zebrania. Możecie już iść.
Podniosłam się z krzesła i ruszyłam razem z pozostałymi.
- Ziemniak zostaje. - usłyszałam i zatrzymałam się w pół kroku, obracając się na pięcie.
- Jak obiecasz, że nie zrobisz ze mnie chipsów to zostanę. - zaśmiałam się sucho.
Zmierzyła mnie tylko zimnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała.
- Widzę, że nie masz dziś humoru. - Zaczęła po chwili. - Przykro mi Savi, ale każdy ma swoje ziem..problemy - Mogłabym się założyć o różowe gacie mojego ojca, że chciała powiedzieć "swoje ziemniaki" - ale to nie jest powód żeby się na mnie wyładowywać.
- Trza było nie zaczynać. - burknęłam.
- Trza było nie spać. - powiedziała, naśladując mój głos.
- Nie. Spałam. - Podkreśliłam dobitnie.
- Nie. Jestem. Ślepa. Ziemniaku.
- Nie. Jestem. Ziemniakiem.
- A zachowujesz się jakby twój mózg faktycznie był ususzony. - warknęła.
Podwinęłam rękawy koszuli, gotowa jej przywalić, ale ktoś złapał mnie za ręce od tylu.
- Puść mnie idioto. - warknęłam, domyślając się kto za mną stoi. Nie pomyliłam się.
- Pobijesz ją. - stwierdził filozoficznie.
- Nooo... - przytaknęłam. Z idiotami trzeba jak z małymi dziećmi; dokładnie i powoli. - Więc mnie puść.
Nic. Zero reakcji. Nie to nie, wal się. - pomyślałam.
Ponownie spojrzałam na Dianę. Po jej policzkach płynęły dwie samotne łzy.
- Myślałam, że się przyjaźnimy. - wyszeptała.
- Myślałam, że jestem za głupia, żeby się z tobą przyjaźnić. - odparłam, równie cicho.
- Czemu taka jesteś? - spytała, kręcąc głową. Jakby nie dowierzając...
- Czemu? Czemu?! - Wybuchłam. - Nawet nie masz pojęcia przez co przechodzę od powrotu z tych pieprzonych Hawai! Dziś dostałam list! Wiesz co w nim było?! Że nie dotrzymałam obietnicy i że qrwa następna możesz być ty! - krzyczałam, przez łzy które pojawiły się w moich oczach. Chris nadal mnie trzymał.
- O czy ty mówisz? - zapytała niemal bezgłośnie.
- Jego się spytaj. - powiedziałam wyrywając się chłopakowi i wycierając łzy. Nie musiałam tłumaczyć o kogo chodzi. Zrozumiała.
- Chris? - spytała delikatnie.
- Później. - odparł uważnie mi się przyglądając. Chwycił mnie za nadgarstek i wyciągnął z sali. - Masz ten list? - spytał, gdy już zamknął drzwi jadalni.
Skinęłam głową, wyjmując z kieszeni spodni pognieciony skrawek papieru. Chłopak rozprostował go i zaczął czytać. Ja nie musiałam. Słowa wyryły się w mojej podświadomości gdy pierwszy raz spojrzałam na treść wiadomości.

"Droga Suko! ( czy jak ci tam na imię )

Na coś się umawialiśmy, o ile mnie pamięć nie myli. Wiedz, że ja nie 
zostawiam niedokończonych spraw. Widziałaś co zrobiłem twojej "przyjaciółce",
a nieszczęścia lubią się powtarzać. O ile wiem masz jeszcze jedną przyjaciółkę.
Powiedz jej, żeby przygotowała herbatę bo niebawem ją odwiedzę. Tak swoją drogą:
Macie jeszcze jedną izolatkę, nie? Przyda się.

Nie Pozdrawiam. 
Twój najlepszy przyjaciel."



  Chris skończył czytać. Zgniótł papier w dłoni i najzwyczajniej na świecie mnie przytulił. Taki prosty gest, a czasem wystarczy aby pomóc człowiekowi się pozbierać.
Chris to dobry przyjaciel. Bo o ile na początku naszej znajomości go nie lubiłam to teraz pomimo licznych sprzeczek i dziwnych sytuacji , mogłam śmiało nazwać go przyjacielem.



Wprowadzam żelazną regułę:

CZYTASZ = KOMENTUJESZ
PIĘĆ KOMENTARZY = NEXT

Wiem, że dacie radę :D












poniedziałek, 30 czerwca 2014

NOWY BLOG STARTUJE!


Mam dla was taką oto informację:
Nowy blog znajduje się pod tym adresem [klik]
zapraszam :) już jutro pierwsza notka ;) 
będę wdzięczna za każdy, naprawdę każdy 
komentarz :)

I jeszcze jedna sprawa: 
Postanowiłam że nie napiszę nowej notki
jeśli nie zaczniecie komentować, bo na prawdę
 ja wiem, że nie każdemu chce się rozpisywać ale 
 wystarczyło by zwykłe 
"fajny/głupi rozdział pisz/nie pisz dalej"
ja również czasem jestem leniwa ale zawsze
 staram się dodać coś co zmotywowało by autora/autorkę
choć troszkę. Przypominam również,
że na moim blogu istnieje opcja anonimowego 
komentarza do którego konto google lub blogger są zbędne. 
Jeśli jednak będziecie używać tej opcji podpiszcie się
używając jakiejś ksywki ;)

 Tak więc zainteresowanych
 odsyłam do rozdziałów number ten [klik] and eleven [klik]  :)
 Pozdrawiam ;)


środa, 25 czerwca 2014

XI - To nie tak miało być..

       Przepraszam za tę długą nieobecność. Wiem, że niektórzy czekali na ten rozdział. Nie mam żadnej wymówki, niestety. Chyba się wypaliłam. Rekompensuję się mam nadzieję, tym rozdziałem bo wreszcie coś się wyjaśniło. Chciałam wielokrotnie zabrać się za napisanie tej notki, naprawdę, ale nie miałam weny. Opuściła mnie całkowicie, widząc ilość komentarzy pod poprzednim rozdziałem :c.  Skomentowały tylko dwie osoby :/  Dedykuję więc tę notę Katsie, która prowadzi naprawdę wspaniałego bloga i ma ogromny talent, umie mnie także zmotywować ( dziękuję ci również Ann ;* ). Szkoda tylko że takiej dawki motywacji nie dostałam od każdej osoby która to przeczytała. Ten rozdział jest dla ciebie, kochana :* Miłego czytania c;
Blog Katsy "Przeklęty Dwór"









- Ale jesteś pewna?
- Jestem.
- Ale na pewno?
- Jesteś moją matką?
- Na szczęście nie. - przedrzeźniał mnie.
Wywróciłam oczami i odepchnęłam go, przepychając się do drzwi.
- Otwieraj. - zwróciłam się do jakiegoś syna Apollina. Nie zawracałam sobie głowy uprzejmością.
Skinęłam głową Chrisowi i pchnęłam drzwi. Byłam gotowa na tą rozmowę, wczoraj przegadaliśmy całą noc, spędzając ją w jadalni. Ustaliliśmy, że muszę uzgodnić z Ashley, co wie i potem przekazać jakieś urywki tej rozmowy Coll'owi udając, że się mu podporządkowałam. Weszłam do ciemnej sali, w której znajdowało się jedynie łóżko i stoliczek z pustymi już talerzami. Dziewczyny jednak nigdzie jednak nie było. Zamknęłam drzwi a moje oczy powoli przyzwyczaiły się do ciemności. Usłyszałam za sobą dźwięk przekręcanego klucza i cichy, prawie nie dosłyszalny szmer. Natychmiast się odwróciłam. Ashley rzuciła się na mnie ja jednak zrobiłam zwinny unik i przygwoździłam ją do podłogi.
- Chcę porozmawiać. - powiedziałam stanowczo, wpatrując się w jej krwistoczerwone oczy, niezwykle wyróżniające się na tle ciemnej podłogi. Nawet włosy dziewczyny wydawały się ciemne w półmroku.
- Ja nie chcę. - Wyrywała mi się, jednak moja noga skutecznie przygwoździła ją do podłogi po raz kolejny.
- Powiedz ile wiesz. Co się stało gdy harpie cię porwały?
- Nie twój zasrany interes. - warknęła.
- No widzisz, jednak mój. - odparłam nadal spokojnie. Nie dam się wyprowadzić z równowagi. - Nie zależnie od tego co się z tobą stało nadal jesteś moją przyjaciółką. Powiedz mi to co pamiętasz. - zażądałam.
Westchnęła donośnie, by wyrazić swoje rozgoryczenie.
- Zabrały mnie na jakieś wyspy, dopiero później zrozumiałam, że to Hawaje. Jedna z nich, ta brzydsza - podkreśliła jakby było to istotne. A nie było. - Mówiła, że pan Oka..rnos..bros...dos..eee - jąkała się. Niestety wiedziałam o kogo chodzi i wcale nie byłam tą wiedzą zachwycona.
- Okeanos? - podsunęłam jej.
- Tak! Właśnie! No więc mówiły, że będzie zadowolony, że mnie złapały. Chyba myślały, że ty to ja. Muszą mieć okropny wzrok....
W pełni się z nią zgodziłam. Ja byłam brunetką o czarnych jak noc włosach i niebieskich oczach, zaś Ashley była blondynką mającą czerwone tęczówki ( niewątpliwie niezamierzony prezent od tatusia - Aresa ), ogromny temperament i niezwykle wybuchowy charakter. Ja również nie byłam cichą osobą, ale to przyjaciółki było mi daleko. Umiałam zachować spokój nawet w takich sytuacjach jak ta, wiedziałam kiedy wypada się odezwać a kiedy nie. Mimo to i tak bardzo często mówiłam co mi ślina na język przyniosła, a potem żałowałam.
- Więc... - kontynuowała wyrywając mnie z zamyślenia. - wyjaśniłam im, że nie jestem tobą a jedna z nich wyjęła z kieszeni... Harpie mają kieszenie? Z resztą nieważne. Wyjęła twoje zdjęcie, na prawdę nie mam pojęcia skąd je miała. Przyjrzała mi się uważnie i najzwyczajniej w świecie, nagle mnie puściły. Chyba uznały, że nie jestem warta uwagi. Głupie krowy...Pff... Wpadłam na Coll'a a on pomógł mi dojść do siebie po upadku. Powiedział, że pracuje dla jakiegoś niezwykle wpływowego boga i zabrał mnie do niego. Pamiętam tylko oczy w których przelewała się morska piana. I to tyle. Od tamtego czasu czułam się dziwnie, potem pojawiłaś się ty i sama wiesz co dalej...
- Jesteś wolna. - puściłam ją. - Dzięki za pomoc.
Odwróciłam się plecami i chwyciłam za klamkę, zupełnie zapominając o jakichkolwiek środkach ostrożności. Poczułam uderzenie w tył głowy. Mimo bólu, bębniącego w czaszce odwróciłam się w kierunku dziewczyny. Spojrzałam w jej czerwone tęczówki w których ponownie zaświtało szaleństwo. Coś się z nią działo. Coś niedobrego. Znów się zamachnęła. Wierzchem ręki odbiłam jej pięść, zmierzającą w kierunku mojej twarzy. Drugą ręką zerwałam z szyi naszyjnik. Nie serduszko. Ono nadal tkwiło spokojnie pod moją bluzką. Medalik z czaszką, ten srebrny. Kopię naszyjnika Dylana. W mojej dłoni rozwinął się miecz ze stygijskiego żelaza. Nieuzbrojona dziewczyna wycofała się pod ścianę. Przytknęłam ostrze do jej krtani. W mojej głosie nadal nieznośnie dudniło.
    W takim stanie zastał nas Chris, zaniepokojony moją długą nieobecnością. Zawołał do środka jednego z synów Apollina, który zajął się Ashley. Zachichotała histerycznie, niemal psychicznie. Wycofałam się z pokoju w asyście Christophera.
- I?- zapytał zaciekawiony.
- Muszę pobyć sama. - wyszeptałam ślepo wpatrując się w bardzo interesującą ścianę, naprzeciwko mnie.
- Tak źle? - spytał zaniepokojony, zakładając ręce na piersi i przyglądając mi się uważnie. Mimo iż ja nie spoglądałam na niego, czułam jego wzrok na sobie.
- Idę do pokoju. - powiedziałam, udając, że nie usłyszałam pytania.
- Hej. - zagadnął, łapiąc mnie za ramię gdy przechodziłam obok niego.
- Co? - Spojrzał mi głęboko w oczy.
- Eee...Już nic. - mruknął odchodząc.
         Zmarszczyłam brwi i ruszyłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku, puściłam rock'a gdzieś w tle i starałam się połączyć fakty. Nagle dostałam olśnienia.
          Podczas ataku na siedzibę, zaobserwowałam, że wszystkie stwory są morskiego pochodzenia. Myślałam, że to Posejdon, ale myliłam się! Harpie chciały zabrać Ashley do Okeanosa, myląc ją ze mną! A ona ze spotkania z jakimś bogiem zapamiętała wyłącznie niebieskie oczy wypełnione morską pianą!
Wszystko powoli układało się w sensowną całość. Okeanos był prastarym bogiem mórz, rządzącym nimi jeszcze przed panowaniem Posejdona. Nadal władał jakąś malutką, niedostępną dla ludzi częścią wód. Mógł więc wysłać na nas morskie stworzenia, aby mnie porwały... Jednak nadal brakowało mi jednego elementu tej zawiłej układanki... Po co chciał mnie porwać? Do czego byłam mu potrzebna?
Szybko zerwałam się z łóżka i pobiegłam do pokoju Chrisa, oddalonego jedynie kilka metrów od mojego. Nie zawracałam sobie głowy pukaniem, wbiegłam do pomieszczenia i zastałam chłopaka leżącego na wznak na łóżku. Widząc mnie natychmiast zerwał się do pionu. Zamknęłam drzwi.
- Co się stało? - spytał zaniepokojony.
- Rozgryzłam to! -  powiedziałam szczęśliwa i niemal podskoczyłam w miejscu. W ostatniej chwili się powstrzymałam. Wszystko cierpliwie mu wyjaśniałam, obserwując zmiany na jego twarzy pojawiające się podczas mojej opowieści. Chłopak jednak nie podzielał mojego entuzjazmu. Podszedł do mnie.
- Nie wiem czy to powód do szczęścia.
- Psujesz mi moje pięć minut. - udałam obrażoną. - Wiem, że sytuacja nie jest najlepsza ale cieszę się, że posunęliśmy się o krok dalej.
- Ja też ale..
- Ale?
Głęboko westchnął, ale nie odpowiedział. Przybliżył się jedynie do mnie, a ja zdziwiona jego zachowaniem zastygłam w bez ruchu. Powoli przybliżył swoją twarz do mojej i przymknął oczy. Nasze usta dzieliły milimetry. Opamiętałam się jednak i gwałtownie odsunęłam. Nadal będąc tyłem do drzwi, otworzyłam je i wycofałam się na korytarz.
- Valent, ja... - powiedział cicho, jednak uciszyłam go ruchem ręki i ruszyłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i zablokowałam klamkę krzesłem. Osunęłam się po ścianie.
Chciał to zrobić. Chciał mnie pocałować...





piątek, 20 czerwca 2014

LETNIE OGŁOSZENIE


No hej kochani :) Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę z tego
że jesteśmy razem na tym blogu już ponad dwa miesiące, ( 18.04.-18.06.2014 )
wiem spóźniłam się z tym postem ale niestety :/ nie miałam zbytnio dostępu do komputera
więc piszę dopiero teraz. Pragnę was poinformować, że z okazji dwumiesięcznicy, 
rozpoczynam pisanie nowego opowiadania. Nowy blog wystartuje pierwszego lipca i będzie
to blog wakacyjny czyli pisany tylko przez wakacje :)
Pomysł już mam, zaczęłam nawet pisać, obawiając się, że we wakacje nie zawsze mogę
mieć czas na dodawanie notek ;) Mam nadzieję, że nowe opowiadanie przypadnie wam do gustu,
choć może i jest  ciut depresyjne ale...
Trzydziestego czerwca dodam notkę z linkiem itp. itd.
PS nie będzie to blog opowiadający o bohaterach lub kontynuacji jakiejś książki.
Fabułę wymyślam sama, wątek i postacie również. Macie czas do wakacji :)
Zapraszajcie znajomych do odwiedzin i rozsyłajcie informację o nowym blogu. Będę 
bardzo wdzięczna. Dziękuję również za ponad 1700 wejść ( choć pewnie większość i tak
nabiłam ja, kilka razy dziennie sprawdzając, czy przypadkiem nie pojawiły się komentarze ;) 
Kocham was :) i proszę, jeśli widzieliście tą notkę to skomentujcie ją, powiedzcie czy pomysł
wam się podoba i czy warto cokolwiek pisać :) mam nadzieję, że większość będzie za
 i wszystko odbędzie się zgodnie z planem.





sobota, 14 czerwca 2014

X - Chwila relaksu?



         



          Pierwsza myśl? Umarłam.
Nie no chyba jednak nie, bo wszystko boli jak cholera, ale chyba najbardziej brzuch. Tylko dlaczego?...
Głupia idiotka! Głupia, głupia głupia! - skarciłam się w myślach - Nazywaj się Savi Valent, rozpal ogień w środku lasu i myśl, że nikt cię nie znajdzie!
W głąb mojej podświadomości wkradł się jeszcze jeden głos. Taki bardziej upierdliwy, mówiący jak to wszystkich naraziłam i że jestem nie odpowiedzialna. No jakbym nie wiedziała!
          Dobra, było minęło, tak? - Z taką optymistyczną myślą delikatnie uchyliłam powieki i natychmiast znów je zamknęłam. Nie chciałam wracać do rzeczywistości, wolałam zostać w moim wyimaginowanym świecie w którym tylko ja mam do siebie żal. Wiedziałam, że zaraz po obudzeniu dostanę opierdal stulecia, a szczerze powiedziawszy - ani trochę nie miałam na to ochoty.
          Delikatnie uchyliłam jedną powiekę i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Otaczały mnie szare ściany, na przeciwległej ścianie od łóżka telewizor, który od trzech tygodni nie został włączony ani razu. Pod ścianą po lewo, ogromne lustro na które spojrzałam tylko przelotnie, bojąc się zobaczyć swoje ( z pewnością zmasakrowane ) odbicie. Odetchnęłam z ulgą. Byłam w swoim pokoju. Co ważniejsze sama.
Powoli odsunęłam od siebie kołdrę i zsunęłam nogi na ziemię, tym samym siadając na łóżku. Rozmasowałam dłonią bolący kark i chwiejnie stanęłam na nogi, starając się złapać równowagę. Nie wiem ile czasu byłam nieprzytomna ale od tego teraz strasznie kręciło mi się w głowie.
  Powoli podeszłam do szafy i leciutko uchyliłam drzwi, nie chcąc paść na zawał chwilę po tym jak się obudziłam. Wyciągnęłam na chybił trafił jakieś ciuchy, którymi okazały się białe spodnie rurki i beżowy sweter wciągany przez głowę. Pogrzebałam jeszcze trochę i wyjęłam brązowe, prawie sięgające kolan, wiązane kozaki na płaskiej podeszwie. Stwierdziłam, że bywało gorzej i zatrzasnęłam drzwiczki tym samym przytrzaskując sobie rękę. Zaklęłam po starogrecku i delikatnie rozmasowałam szybko puchnącą dłoń. Na myśl nasunęły mi się słowa które zapewne wypowiedział by Chris gdyby zobaczył mnie w tej sytuacji:
- Brawo Valent, nie zabiły cię morskie stworzenia ani masakrator z nożem i krasnoludkiem, a zraniłaś się szafką.
  W tej sytuacji w pełni bym się z nim zgodziła, ale choć wiem, że jestem niezdarą to nie lubię gdy mi się to wypomina. Położyłam ubrania na łóżku i wyjęłam z podręcznej apteczki bandaż. Postanowiłam później udać się do szpitala, teraz miałam na głowie ważniejsze rzeczy. Takie jak np. śniadanie. Chwyciłam ciuchy i starając się nikogo nie obudzić ( jeśli jeszcze spali - a nie wiedziałam która jest godzina, ponieważ nie posiadam zegarka ) ruszyłam do łazienki. Gdy już się odświeżyłam i ubrałam od razu poczułam się lepiej. Postanowiłam zostawić rozpuszczone włosy i podwinęłam rękawy swetra. Będąc już z powrotem w pokoju, wrzuciłam stare ubrania do kosza na brudy, który tak nawiasem mówiąc prosił się o porządne pranie.
Nagle straszliwie zaburczało mi w brzuchu. Potrzebowałam śniadania.
          Uchyliłam drzwi pokoju i rozejrzałam się po korytarzu. Czysto. Nadal nie mając ochoty z nikim rozmawiać, starałam poruszać się jak najciszej. Mijając jadalnie, zakradłam się do kuchni i otworzyłam lodówkę. Odszukałam płatki, mleko i odwróciłam się by odłożyć produkty na blat. Pisnęłam i rozsypałam płatki.
- Idioto! Wystraszyłeś mnie! - warknęłam i walnęłam go w głowę prawie pustym opakowaniem po płatkach kukurydzianych.
- Sorry no, nie poznałem cię. - powiedział i wytrzepał z włosów płatki.
- A to niby z jakiego powodu? - spytałam zakładając ręce na piersi.
- A niby z takiego, że nareszcie wyglądasz jak dziewczyna... - przedrzeźniał mnie, a po chwili przepchnął się do lodówki.
          Mimo, że był już prawie grudzień, nadal miał na sobie podkoszulek na ramiączkach i dresy - czyli zestaw z którego dziś zrezygnowałam. Miałam dziś na sobie nowe spodnie, sweter i nowe buty. Ale naszyjnik jak zawsze ten sam. Tak wiem, odkąd w urodziny pierwszy raz go założyłam, przynosił mi wyłącznie pecha. Mimo wszystko nadal miałam nadzieję, że kiedyś los się do mnie uśmiechnie i naszyjnik przyniesie mi szczęście. Puki co czekał schowany pod moim swetrem i czekał na swój moment, który mógł nigdy nie nadejść, ale nosząc go czułam się bezpieczniej. Z resztą, był to jedyny prezent z którego na prawdę się ucieszyłam. Cała reszta to jakieś bibeloty bądź ubrania kupione na szybko.  
Zanotować. Jeśli następnym razem spotkasz za sklepem grupkę herosów to nigdy, ale to nigdy nie pozwól im wyprawić sobie urodzin! - z pewnością będę miała jeszcze wiele okazji aby zastosować się do tej jakże inteligentnej rady.
- Żyjesz? - spytał Chris, machając mi kiełbasą przed twarzą.
- Co? A tak, chyba tak. - mruknęłam odkładając mleko na stolik i schylając się do szafki po miskę - Jestem dzisiaj jakaś nieobecna. - ciągnęłam, zalewając płatki mlekiem.
- Trudno się dziwić, skoro byłaś pod narkozą dobre cztery dni. - wzruszył ramionami, krojąc i doprawiając mięso.
- Przepraszam: Ile?! - Nieomal wypuściłam z rąk miskę którą właśnie miałam zamiar włożyć do mikrofalówki.
- C Z T E R Y. Ale nie martw się, liczby są tylko dla tych co umieją liczyć. - Uśmiechnął się.
- Wiem ile to jest cztery. - Postukałam się w głowę palcem, pokazując tym samym, że mam go za idiotę. - Ale czemu, aż tyle?
- Ostrze było zatrute.
- No tak, to wszystko wyjaśnia. - warknęłam nastawiając mikrofalówkę na czterdzieści cztery sekundy, żeby pokazać mu kto tu jest górą. Ale on tylko uśmiechnął się szerzej i dalej robił sobie śniadanie. - A co z Ashley? - spytałam próbując ukryć drżenie głosu.
Zapikała mikrofalówka, więc wyjęłam z niej miskę i usiadłam przy stoliku, świdrując Chrisa wzrokiem.
- Eee... wszystko okey. - powiedział, odwracając wzrok.
- Tak myślałam. - westchnęłam i wreszcie zabrałam się za jedzenie mojego prawie już zimnego śniadania.
Nagle do kuchni wpadła Diana, cała w skowronkach.
- O kochana tu jesteś! - Podleciała do mnie i chyba próbowała udusić.
- Po...wei.. wietrza!
- Oh przepraszam. - Odsunęła się, ale już po chwili przyjęła dumną postawę. - Ale to ty powinnaś mnie przepraszać moja droga! To nie ja plądruję szafki i uciekam na drugi koniec świata!
Popatrzyła na mnie, wyraźnie okazując, że czeka na przeprosiny.
- Przeproś.
Cholerna czaromowa! Wsadziłam sobie łyżkę płatków do ust aby nie musieć jej przepraszać. Nie była moją matką, nie mogła ode mnie oczekiwać, że będę ją traktować jak wyżej wymienioną.
- Savi. - Dziewczyna zaczęła tupać nogą.
- Prwgeroszaom. - powiedziałam, nadal mając płatki w ustach. Mleko pociekło mi po brodzie.
Westchnęła.
- No może być. - Skierowała się w stronę drzwi. - A! Prawie zapomniałam! Dziś wieczorem we trójkę oglądamy film! Taka integracja.
I wyszła, nawet nie pytając nas o zdanie.
Podeszłam do zlewu i wyplułam resztkę płatków. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i umyłam sobie twarz. Oparłam się o brzeg blatu i założyłam ręce na piersi. Chris zaczął się krztusić, ze śmiechu.
- Oh zamknij się. - westchnęłam.
- Rada na przyszłość: Najpierw zjedz, potem mów. - Złapał się za brzuch i dalej się śmiał. Pokazałam mu język i wyszłam z kuchni, słysząc jego śmiech nawet w salonie, dwa pokoje dalej.


          Arc śmiał się dobre półgodziny i nie mogąc już go słuchać, zamknęłam się u siebie w pokoju. Wzięłam z półki MP4 i włączyłam muzykę na maxa. Rzuciłam się na łóżko i pogrążyłam w myślach. Nagle piosenka się skończyła i usłyszałam ciche skrzypnięcie podłogi. Wiedziałam, że w moim pokoju podłoga skrzypi tylko koło drzwi. A to oznacza, że ktoś tu musiał wejść...
Zerwałam się z łóżka i natychmiast zostałam na nie pchnięta z powrotem. Podobnie jak cztery dni temu, na Hawajach, chłopak zakrył mi usta dłonią. Teraz również było ciemno, bo nie zapalałam światła. Muzyka grała zbyt głośno, żeby ktokolwiek mnie usłyszał. Zdaje się, że oboje o tym wiedzieliśmy.
- Mamy nie dokończone porachunki. - powiedział, uśmiechając się sadystycznie. - Nie martw się, nie zabiję cię. Nie dzisiaj. Jeszcze jesteś mi potrzebna.
Spróbowałam się wyrwać, licząc na to, że może się tego nie spodziewał i mnie puści.
- Nic z tego kochanie. - zaśmiał się - Jutro pójdziesz do Ashley i zmusisz ja do mówienia. Chcę sprawdzić ile ci powie. Pamiętaj, żadnych sztuczek. W tej grze to ja pociągam za wszystkie sznurki. Jeden nie poprawny ruch i ... - przejechał palcem wolnej ręki po szyi. A potem mnie puścił i zniknął tak szybko jak przyszedł. Najbardziej w tej sytuacji rozbawiło mnie to, że ten człowiek potrzebował jedynie kilku krótkich minut aby narobić tyle zamieszania w moim i tak nie najłatwiejszym życiu.
      Bałam się, tak strasznie się bałam. Ashley co prawda nie była wobec mnie najuczciwsza ale nadal była moją przyjaciółką. Teraz już wiedziałam, że za wszystkim stoi Col. To była jego wina.

   Nie wiem ile czasu siedziałam na łóżku i rozmyślałam, ale pewnie dość długo, ponieważ nagle zapukał do mnie Chris mówiąc żebym zeszła na dół na film. Z tego co wiem, mieliśmy go oglądać wieczorem. A śniadanie jadłam rano. Co się ze mną ostatnio działo?!
- Zaraz zejdę. - powiedziałam, a chłopak wyszedł. Przejechałam rękami po twarzy i luźno związałam włosy w koka. Wcale nie miałam ochoty oglądać tego filmu, miałam ważniejsze sprawy na głowie. Ale może, właśnie taka chwila relaksu byłą mi potrzebna?
Wzięłam koc, wyszłam z pokoju i udałam się do naszego małego podziemnego kina. Po drodze przeszłam przez kuchnię i porwałam paczkę popcornu. W sali kinowej było już ciemno bo Diana włączyła film i zgasiła światła. Usiadłam gdzieś z tyłu i okryłam się kocem. Wpatrzyłam się w powoli jaśniejący ekran i pogrążyłam się w myślach.
    Nagle ktoś zaszedł mnie od tyłu i złapał za ramiona. Pisnęłam i upuściłam popcorn który rozsypał się po podłodze. Chris zaśmiał się, przeskoczył przez siedzenie i usiadł koło mnie. Podniósł resztki mojego niedoszłego posiłku i nieomal krztusił się ze śmiechu. Przypomniała mi się sytuacja z rana.
- Nie rób tak. - powiedziałam śmiertelnie poważnie i ponownie odwróciłam się w stronę ekranu.
Nie miałam humoru ma takie żarty. Uśmiech zszedł mu z twarzy.
- Co się stało? - Zatrzymał rękę z popcornem w połowie drogi do ust.
- Nic.
- Co się stało? - Ponowił pytanie.
- Mówię, że nic. - Żachnęłam się.
- No przecież widzę. - powiedział - Nie może być aż tak źle. To na pewno problem typu "Chomik mi zdechł". - Próbował rozluźnić sytuację.
- Nie mam chomika.
- Bo zdechł.
- Nie zdechł mi chomik! - Zbulwersowałam się.
- To powiesz mi co Ci jest, czy nie?
- A zaczniesz zachowywać się poważnie? - zapytałam.
- Zacznę. - powiedział z ręką na sercu. 
Wywróciłam oczami.
- I nikomu nie powiesz?
- Nie. To powiesz mi wreszcie czy nie?
- Chwilę zanim przyszedłeś do mojego pokoju... - głos mi się załamał, ale wzięłam się w garść - Ktoś był u mnie...
- Kto? - spytał. 
Posłałam mu spojrzenie mówiące:  A czy to istotne?!
- Sorry, mów dalej.
- ... No i ten Ktoś... Szantażował mnie. 
- W jaki sposób? - Zmarszczył brwi.
- Powiedział, że w tej grze to on pociąga za wszystkie sznurki i jeśli nie wyciągnę z pewnej osoby potrzebnych informacji to... - Przejechałam palcem po szyi, tak jak wcześniej zrobił to Col.
Poczułam w gardle rosnącą gulę, a obraz mi się zamazał. Zamrugałam szybko i odwróciłam się.
- Nie wiem co mam Ci powiedzieć. - powiedział bardziej do siebie niż do mnie. Myślami był gdzie indziej.
- Nie ty jeden.
- Kto jeszcze o tym wie? - zapytał tak gwałtownie, że aż podskoczyłam na fotelu.
- Uspokój się. Nikomu oprócz ciebie nie mówiłam. - Szczelniej owinęłam się kocem.
- O czym? - spytała tajemniczym tonem Diana która nagle pojawiła się za nami.
Czy wszyscy musieli mnie dzisiaj straszyć?
- O niczym. - powiedzieliśmy jednocześnie.
- Jaaaasneee... - powiedziała.
Nie wierzyła.
- Ale tak serio: To o czym gruchacie gołąbeczki?
Spiorunowałam ją wzrokiem, a kątem oka zobaczyłam, że Chris robi to samo.
- O czym właściwie jest ten film? - spytałam, zmieniając temat.
- Nie wiesz bo cały przegadałaś.
- Serio? - Gadałam tyle czasu? 
- Nie. Dopiero się zaczyna. - zaśmiała się. - Nie wiem jak wy ale ja idę usiąść bliżej.
- Tu jest okey. - powiedziałam.
- A ty? - Diana spytała Chrisa, który od jakiegoś czasu siedział bez słowa i tępo się we mnie wpatrywał.
- Ja też zostanę.
- Jak chcecie. - powiedziała i w podskokach zbiegła po schodkach pomiędzy rzędami foteli.
- Nie rozumiem tego człowieka. - powiedziałam w przestrzeń. - To co? Jakieś pomysły? - zwróciłam się do Chrisa.
- Nie. - pokręcił głową.
- No to jesteśmy w dupie. - westchnęłam.



* No heeeej :) powracam, mam nadzieję - w wielkim stylu. Rozdział dłuuuugi, chyba najdłuższy z tych, które dotychczas napisałam. Mi osobiście bardzo się podoba i mam nadzieję, że wam też. 
Jest to już rozdział 10, tak się cieszę :D !!! 
Ale tak z innej beczki ( jeśli ktoś wgl czyta te moje przypisy pod rozdziałami ) to po ostatniej notce, zrobiło mi się ciut głupio - był tylko jeden komentarz :C . Dlatego rozdział ten dedykuję właśnie Zaczarowanej Aleks <3 za motywację, o której inni zapomnieli. :)

Co do opowiadania - nic wam nie powiem, tajemnica ;)





niedziela, 25 maja 2014

IX - Zdrada przyjaciela



   Nie byłam tu na wakacjach. Zostałam wplątana w jakąś dziwną grę. Celem tej gry było odnalezienie przyjaciółki. Mogłam wygrać, ale bałam się kosztów tej wygranej. Niby trzeba być gotowym na wszystko, a ja dla Ashley skoczyłabym w ogień, jednak nadal bałam się o jedną rzecz. Nawet jeśli uratuję Ash, polegną inne bliskie mi osoby. A tego bym nie przeżyła.
   Wcześniej ludzie powtarzali mi, że życie to wspaniała rzecz. Cudowna gra. Jednak nie zawsze tak jest. Ta gra jest cudowna tylko dla zwycięzcy a ja w tym przypadku wylosowałam najgorsze możliwe karty. Lecz skoro zaczęłam, musiałam brnąć dalej. Albo to albo...


Game Over.



* * *

 
   Hawaje to przepiękne miejsce. Piękne plaże, malownicze krajobrazy, uśmiechnięci tubylcy i rodziny z dziećmi wesoło pluskające się w oceanie. A, no i ja. Nijak nie pasująca do tego obrazka. Ciemne ubrania i glany wyróżniały się na tle kolorowych Hawajskich sukienek i koszul. Normalnie nie szczególnie bym się tym przejęła, taki mam styl a innym nic do tego. Jednak teraz byłam pod przykrywką. Działałam incognito, jak ninja lub szpieg. Ale nie byłam ani jednym ani drugim. Byłam detektywem, a i ta zabawa wcale a wcale mi się nie podobała.
   Ruszyłam przed siebie, przepychając się przez tłum napierający na mnie ze wszystkich stron, próbujący dostać się jak najbliżej oceanu.
~A niech was rekiny pożrą - pomyślałam.
Ruszyłam w stronę pobliskiego lasu, przedzierałam się przez drzewa aż dotarłam na niewielką polankę. Nazbierałam drwa na opał i rozpaliłam niewielkie ognisko. Wyjęłam z torby poduszkę i koc. Postanowiłam otworzyć jedną z puszek i korzystając z rozpalonego wcześniej ognia, podgrzałam sobie pomidorówkę.
   Gdy zjadłam, położyłam się na plecach i spojrzałam w niebo. Mimo wczesnej pory ogarnęło mnie zmęczenie prawdopodobnie spowodowane podróżą. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam.



* * *


  Usłyszałam nad sobą ciche głosy, i lekko uchyliłam jedną z powiek.
O qrwa.
   Nad moją torbą pochylał się jakiś chłopak, było ciemno więc nie widziałam go zbyt szczególnie. Miał ciemne włosy i był ubrany w biały podkoszulek i jeansy. Obok niego klęczał ... krasnoludek? Nie na pewno nie, ale w mitologii nigdy nic nie wiadomo. I właśnie zrozumiałam co się stało. Jak mogłam być taka głupia?! Naprawdę myślałam, że jak rozpalę ognisko to nikt nie zobaczy dymu?! Cholera!
  Niewiele myśląc odrzuciłam koc, wstałam i rąbnęłam krasnoludka poduszką.  Zerwałam z szyi naszyjnik który błyskawicznie zmienił się w miecz i zaatakowałam chłopaka. Mój przeciwnik miał jednak dobry refleks i zdążył odeprzeć uderzenie swoim mieczem. Parowałam i cięłam, aż powaliłam go na ziemię. O dziwo nie zranił mnie zbyt mocno, ale po policzku leciała mi strużka krwi. Z nim było ciut gorzej; wcześniej trafiłam go mieczem w udo.
 Nie długo jednak szczyciłam się moim małym zwycięstwem, ponieważ zapomniałam o krasnoludku który niepostrzeżenie zaszedł mnie od tyłu i dość mocno rąbnął mnie w plecy tym samym powalając mnie na ziemię. Chłopak zerwał się na równe nogi, usiadł na mnie okrakiem i jedną ręką unieruchomił mi ręce nad głową a drugą przyłożył mi do ust. Próbowałam go ugryźć ale mi się nie udało.
- Nie szarp się słonko. Nic ci to nie da.
Zaszczyciłam go mściwym spojrzeniem i zaczęłam mocniej się szarpać.
- Rolli - Zwrócił się do krasnoludka, ani na chwilę nie spuszczając ze mnie wzroku.- Podaj mi jej miecz.-Moje oczu powiększył się do rozmiaru talerzy. ~Własnym mieczem chcesz mnie zabić gnojku?! - Ładny, ze żelaza stygijskiego o ile się nie mylę. Zatrzymam go sobie.
  Pokiwał z uznaniem głową i chytrze się uśmiechnął. Jednak moją uwagę przykuło coś innego. Ktoś inny. Dziewczyna która pojawiła się za jego plecami, bardzo mi kogoś przypominała. Spojrzała na mnie a okulary spadły jej z nosa. Jej krwistoczerwone oczy przewiercały mnie na wylot. Chłopak odwrócił się w jej stronę i uśmiechnął się.
- Nikogo nie znalazłam, była tu sama. - powiedziała nadal się we mnie wpatrując. W oczach zakręciły mi się łzy gniewu i bezradności. A ja chciałam ją ratować?!
- Dobrze. - odparł i wycelował we mnie moim mieczem, jednocześnie zabierając rękę z mojej twarzy.
- ASHLEY! NIECH NO TYLKO TEN KRETYN MNIE PUŚCI TO TAK CIĘ JEBNE W TEN TWÓJ GŁUPI ŁEB ŻE AŻ CI CZAPKA SPADNIE! - wrzasnęłam, na chwilę przestając przejmować się chłopakiem który właśnie przymierzał się do zabicia mnie.
- Ty ją znasz? - zapytał mnie, na chwilę opuszczając ostrze.
- Tak mi się wydawało. - syknęłam starając się wpleść w tę wypowiedź jak najwięcej jadu.
- To nie moja wina! - krzyknęła Ash.
- A co może moja?! Przyjechałam tu żeby cię ratować, po tym jak te głupie Harpie cię porwały! - krzyknęłam.
- Spóźniłaś się, Coll mnie uratował podczas gdy ty robiłaś nie wiadomo co z moim chłopakiem!
Na te słowa wreszcie przestałam się szarpać.
- Co? - spytałam osłupiała.
- Myślisz, że nie widziałam jak na siebie patrzycie?!
- Ja go nawet nie lubię!
- Jasne, na pewno to sobie wymyśliłam! - warknęła.
- Urok Blondynek, - wzruszyłam ramionami. - Wy już tak macie. Nieograniczona wyobraźnia to wasz znak rozpoznawczy.
- Powinnaś mnie błagać o litość! Jakbyś jeszcze nie zauważyła to ty jesteś przyparta do ściany! Nie ja!
- Chyba śnisz! - warknęłam i zwróciłam się do chłopaka. - No dalej zabij mnie! Na co czekasz?!

   Wzruszył ramionami i ponownie uniósł mój miecz w górę. Po raz kolejny żegnałam się z życiem, gdy nagle zobaczyłam jakiś ruch pomiędzy drzewami. Dylan pokazał mi na migi żebym była cicho i podkradł się od tyłu do Ashley, a Chris podbiegł  i zrzucił ze mnie Coll'a, jednak chłopak zdążył wbić mi miecz w brzuch. Nie wiedziałam co się wokół mnie działo, przed oczami pojawiły mi się ciemne plamy. ~Nie możesz zemdleć ~ powtarzałam sobie w myślach ~ Nie teraz.
   Kątem oka zobaczyłam, że Dylanowi udało się obezwładnić Ashley i przywiązać ją do drzewa, a teraz trzymał krasnoludka za nogi, głową w dół i zamaszyście nim machał. Pomimo powagi sytuacji rozbawiło mnie to. Gdy się zaśmiałam poczułam jak miecz wbija się coraz głębiej. Nie widziałam Chrisa i bałam się czy udało mu się pokonać Coll'a. Przed oczami mignęła mi twarz Kim - dziewczyny mojego brata. Czy to możliwe żeby tu była?
- Dasz radę Savi. Patrz na mnie! Nie zamykaj oczu! Uratujemy Cię! - szepnęła. A może krzyczała? Tego jednak nie byłam w stanie określić. Starałam się jak mogłam ale oczy same zaczęły mi się zamykać. Usłyszałam już tylko jak Kim woła Dylana na pomoc, a potem wszystko zalała ciemność.






*Uhh, poważnie się zrobiło. Spontan wali mi do głowy. Powiedziałabym wam tak mniej więcej co będzie dalej, ale sama jeszcze tego nie wiem. Tararararara, z góry przepraszam Adę i Mikołaja ale akcja jednak nie rozegra się dokładnie tak jak na początku myślałam i jak wam opowiadałam  :/ Mogę wam tylko zagwarantować, że Ash nie jest taka z własnej woli i mówiąc że to nie jej wina, nie kłamała. Mam nadzieję, że rozdział się podobał i że wprowadziłam troszkę zamętu w waszych głowach . Accio komentarze! XD

PS jak widzieliście, zmieniłam szablon i dodałam pasek z muzyką ;* piszcie czy u was też działa, jeśli nie, postaram się coś z tym zrobić :D